24. NIEDZIELA ZWYKŁA albo Podwyższenie Krzyża

Stanisław Barszczak, Elegia jesienna

W tym roku odeszła Ciotka Łucja, jej dedykuję moje słowa.

W momentach historycznych postaci opatrznościowe wynosiły na piedestał dusze ludów i narodów. Działania Mickiewicza na paryskim uniwersytecie, a mianowicie jego wykłady o „literaturze słowiańskiej”, były próbą (poetycką, naukową, egzystencjalną) o tajemniczych i głęboko doniosłych konsekwencjach. Paryskie wykłady z lat 1841–1844 były atakiem Mickiewicza „na wszystko” – atakiem, który rozpoczął całym sobą. Adam Mickiewicz postanowił, że w sali wykładowej paryskiego uniwersytetu osiągnie trzy skromne cele: odnowi chrześcijaństwo, przekształci poezję w nowy, dramatyczny stan skupienia – to znaczy w prawdziwie chrześcijański sposób bycia, wszak Chrystus był poetą – a przy okazji wyzwoli Polskę, Francję i Europę z niewoli egoizmu. Niestety, sto lat później brat zabija brata ponownie, tym razem w ciemną noc nazistowskiej okupacji Polski. Polski poeta Józef Czechowicz opisał swoje przeżycia w Lublinie we wrześniu 1939 roku. Pozwoliłem sobie włączyć jego wiersz do mojego „poematu jesieni”. W ten sposób moje słowa są jeszcze bardziej aktualne w odniesieniu do niezwykłego życia mojej ciotki, mojej matki chrzestnej, która urodziła się w noc niemieckiej okupacji.

Głowa, która siwieje i lśni jak świecznik, gdy srebrzyste pasma wiatru fruwają, niosę ją przez dnie po ulicach, połyka ćwierkanie na brzegach rzek, niewiele to znaczy.

Chodzić tak, oglądać sceny, sny, święta, rozbite okna synagog, płomienie pochłaniające grube liny okrętowe, płomień miłości, nagość. Słuchać ryku głodnych ludzi – a to inny głos niż krzyk głodnych ludzi. Zapada wieczór tego świata, nozdrza czują zapach czerwonego mleka z gorącej powodzi. Zapytamy się nawzajem, kto jest kim…

Cudownie rozmnożony na nas wszystkich, będę się strzelał i ginął wiele razy, ja, czepiając się bruzdy pługiem, ja, jurysta przy moich foliałach, ąuduszony krzykiem gazu, ja, śpiący wśród jaskrów, i dziecko w żywej pochodni, i bomba trafiona w stragany, i powieszony podpalacz, ja, czarny krzyż na listach, o żniwo, żniwo ryku i blasku, czyż kręta rzeka braterskiej krwi zdąży zardzewieć, zanim kolumny kapiteli znów wzniosą się nade mną.

(zobacz Żal, wiersz Józefa Czechowicza)

Teraz, gdy świta dzień, mówię mojej Cioci… noc się skończyła i znika, księżyc, pogodny, powoli zachodzi nad kanałami. Wrzesień jest tak świeży na tej płaskiej ziemi, łąki zielone jak doliny Południa wiosną. Opuściłam przyjaciół, schowałam serce głęboko w starych murach, by wspominać cię w samotności. Jesteś dalej niż księżyc, teraz – gdy wschodzi dzień, a konie uderzają kopytami o bruk.

Mam nadzieję, że to pamiętasz, Ciociu?

Ten, z którym szłam ręka w rękę, kopiąc skórzaste liście kasztanowca, pięćdziesiąt pięć lat temu, pojawił się przede mną z niespokojną twarzą, blady, prawie nie do poznania, niepewny, kulawy. On, którego nie pamiętam, by głośno się śmiał, ale widzę, jak uśmiecha się z samozadowoleniem, płakał mi na ramieniu. On, który zdawał się zawsze brać, a nie dawać, którego pamięci długo nie mogłam zapomnieć, przypomniał sobie wszystko, o czym ja dawno zapomniałam.

Skazany na szarość, mówię ci to jak poeta. Pamiętam, jak kiedyś powiedziałaś, jarzębina czerwienieje, to prawie znak jesieni! (Koniec wiersza ku pamięci zmarłej Cioci Łucji)

Na zawsze będziemy czcić bohaterów z 11 września 2001 roku. Ich niezłomna odwaga i poświęcenie górują nad nami niczym latarnia wolności, odbita w każdej fladze i sercu. Nawet po upływie dekad ich dziedzictwo góruje nad nami wszystkimi. Każdego dnia stajemy przed tym wyborem: czy ulec terrorowi, który sprzeciwia się przeznaczeniu świata. Jestem za prawdą, niezależnie od tego, kto ją głosi. Jestem za sprawiedliwością, niezależnie od tego, kto jest za, a kto przeciw. Jestem przede wszystkim człowiekiem i dlatego wspieram każdego, kto w jakikolwiek sposób służy ludzkości jako całości.

Chciałem idealnego zakończenia. Teraz boleśnie przekonałem się, że niektóre wiersze się nie rymują, a niektóre historie nie mają wyraźnego początku, środka i zakończenia. W życiu chodzi o niewiedzę, o zmianę, chwytanie chwili i maksymalne wykorzystanie jej, nie wiedząc, co stanie się dalej. Nie mam prawa żyć. Są światła, które widać tylko o zachodzie słońca, i niespodzianki czekające za zakrętem kolejnego podejścia. „Życie jest Golgotą; ale wypada wspinać się na nią z radością. Krzyże są klejnotami Oblubieńca, a ja jestem o nie zazdrosny. Moje cierpienia są przyjemne”. Pomóż nam, Ojcze Pio, przyjąć i nieść nasze krzyże. W dniu, w którym zrozumiemy, że prawe i lewe skrzydło należą do tego samego ptaka… tylko wtedy orzeł będzie mógł wzlecieć, a świat będzie wspaniały.


_____


Stanisław Barszczak, Elegy autumn

This year, Aunt Lucy passed away, and I dedicate my words to her.

In historical moments, providential figures elevated the spirits of peoples and nations to a pedestal. Mickiewicz’s actions at the Parisian university, namely his lectures on „Slavic literature,” were an attempt (poetic, scientific, existential) with mysterious and profoundly important consequences. The Parisian lectures of 1841-1844 were Mickiewicz’s attack „on everything”—an attack he launched with his entire being. Adam Mickiewicz decided that in the lecture hall of the Parisian university he would achieve three modest goals: he would renew Christianity, transform poetry into a new, dramatic state of concentration—that is, into a truly Christian way of being, after all, Christ was a poet—and in the process, he would liberate Poland, France, and Europe from the slavery of selfishness. Unfortunately, a hundred years later, brother kills brother again, this time during the dark night of the Nazi occupation of Poland. The Polish poet Józef Czechowicz expressed his experiences in Lublin in September 1939. I have taken the liberty of incorporating his poem into my „poem of autumn.” In this way, my words are even more relevant to the extraordinary life of my aunt, my godmother, who was born on the night of the German occupation.

A head that turns gray and shines like a candlestick, when silver strands of wind fly, I carry it through the days through the streets, swallows twitter on the riverbanks, it’s not much to go that.

To walk like this, to watch scenes, dreams, festivals, shattered synagogue windows, flames swallowing thick ship ropes, the flame of love, nakedness. To listen to the roar of hungry peoples—and this is a different voice than the cry of hungry people. The evening of this world is descending, nostrils smell the red milking from the hot flood. We will ask each other who is who…

Multiplied miraculously on all of us, I will shoot myself and die many times, me, clinging to the furrow with a plow, me, a jurist by my folios,

choked by the gas cry, me, sleeping among the buttercups, and the child in the living torch, and the bomb hit in the stalls, and the hanged arsonist, me, a black cross on the lists, oh, the harvest, the harvest of roar and brilliance, will the winding river of brotherly blood have time to rust away before the columns of the capitals rise above me again.

(see, A regret, a poem by Joseph Czechowicz)

Now, as the day dawns, I tell my Aunt… the night is over and disappearing, the moon, serene, slowly sets over the canals. September is so fresh on this flat land, the meadows as green as the valleys of the South in spring. I left my friends, I hid my heart deep within the old walls, to remember you in solitude. You are further than the moon, now—when the day rises and horses beat their hooves on the cobblestones.

I hope you remember that, Auntie?

He, with whom I walked hand in hand, kicking leathery chestnut leaves, fifty-five years ago, appeared before me with a restless face, pale, almost unrecognizable, uncertain, lame. He, whom I don’t remember laughing loudly, but I see him smiling smugly, wept on my shoulder. He, who seemed to always take only, not give, whose memory I couldn’t forget for a long time, remembered everything I had long forgotten.

Sentenced to grayness, I tell you that like a poet. I remember you once said, the rowan is turning red, it’s almost a sign of autumn! (End of a poem in memory of the late Aunt Lucy)

We will forever honor the heroes of September 11, 2001. Their unwavering courage and sacrifice tower over us, like a beacon of freedom, reflected in every flag and heart. Even as decades pass, their legacy towers over us all. Every day we face this choice: whether to succumb to the terror that opposes the world’s destiny. I am for the truth, regardless of who speaks it. I am for justice, regardless of who is for or against it. I am, above all, a human being, and therefore I support anyone who, in any way, serves humanity as a whole.

I wanted a perfect ending. Now I’ve learned the hard way that some poems don’t rhyme, and some stories don’t have a clear beginning, middle, and end. Life is about not knowing, about changing, seizing the moment and making the most of it, not knowing what will happen next. I have no right to live. There are lights that can only be seen at sunset, and surprises waiting around the bend of the next approach. „Life is a Golgotha; but it is fitting to climb it with joy. Crosses are the Bridegroom’s jewels, and I am jealous of them. My sufferings are pleasant.” Help us, Padre Pio, to accept and carry our crosses. The day we understand that the right wing and the left wing are part of the same birds…only then can be eagle fly and the world be great. 

______

Stanisław Barszczak, Prelekcje paryskie – cykl wykładów Adama Mickiewicza  na temat literatury słowiańskiej w Collège de France w Paryżu w latach 1840-1844


Zaledwie dziesięć lat po „Panu Tadeuszu” Adam Mickiewicz napisał swoje drugie prawdziwe dzieło, czyli „Wykłady paryskie”. Są to jego „Wykłady paryskie” – cykl wykładów Adama Mickiewicza o literaturze słowiańskiej w Collège de France w Paryżu w latach 1840–1844 (cztery roczne kursy).

Wykłady zostały spisane przez słuchaczy i wydane jeszcze za życia Mickiewicza. Przetłumaczono je na wiele języków. Mickiewicz redagował pierwsze wydania i opatrywał je przedmowami. Mickiewicz objął w Collège katedrę języków słowiańskich w 1840 roku. Jego wykłady cieszyły się sławą i popularnością głównie wśród Słowian i Francuzów. W roku 1841 Mickiewicz związał się z reprezentantem nurtu polskiego mesjanizmu – Andrzejem Towiańskim, co miało wpływ na treść prelekcji. Czteroletni kurs od połowy zaczął być mniej historią literatury, a bardziej propagandą mesjanizmu. Wywoływał ogromne kontrowersje. W 1844 roku władze francuskie zawiesiły Mickiewicza w czynnościach profesora z powodu politycznej wymowy wykładów (wychwalanie Napoleona) oraz propagowania towianizmu.

W wykładach Mickiewicz wygłosił autorską i bogatą historię kultury Słowian. Nie ograniczał się do historii literatury, ale mówił o historii filozofii, języka, religii czy historii politycznej. Skomentował ideę dramatu słowiańskiego. Przeprowadził wiele błyskotliwych analiz literackich. Jednocześnie głosił misję Słowian, szczególnie Polaków i Francuzów, co czyniło go przedstawicielem mesjanizmu polskiego. Uważał, że świat czeka rychła odmiana i powtórne zejście Chrystusa na Ziemię. Może ona dojść do skutku dzięki ofierze, jaką złożyli Polacy oraz ich cierpieniu. Krytykował Kościół katolicki za sprzeniewierzenie się zasadom chrześcijaństwa.

Wykłady paryskie zapoczątkowują nowy etap w biografii Mickiewicza – już nie poety, ale wykładowcy, działacza politycznego, publicysty, towiańczyka. Etap to mniej zbadany i omawiany, bo nie zaowocował arcydziełami literackimi, jednak z dzisiejszego punktu widzenia jest równie, a może nawet bardziej interesujący. Dla zrozumienia tego etapu skreśliłem niniejszy tekst, gdyż ukazuje bardzo istotny moment przeformułowywania Mickiewiczowskiego światopoglądu. To jest jakby przęsło pomiędzy jego ideologią romantyczną, mocno jeszcze zakorzenioną w tradycjach i obyczajach wieku XVIII, a zarysowującymi się już i dostrzeganymi przez poetę problemami ideologicznymi i społecznymi, które zdominują koniec wieku XIX i wiek XX.

Mistrz Adam będzie musiał oddać formę zewnętrzną słowa twórczego w języku francuskim, choć bardzo szybko słuchacze wykładów podjęli się polskiego przekładu prelekcji paryskich. Uznany poeta zaczął tak:

„Panowie. Te oznaki dobrego usposobienia dla mnie publiczności złożonej w części z moich współziomków, między którymi widzę wielu moich przyjaciół, są mi drogie – ale nie mylę się, co prawdziwie znaczą… będziemy musieli dać poznać i sądzić pomniki literatury, dzieła sztuki; a dać poznać, jest to dać uczuć ten zapał, który je utworzył…Wezwano mnie, żebym zabrał głos w imieniu literatury ludów… żebym zabrał głos w czasie głos, kiedy słowo jest potęgą i w mieście, które… jest stolicą słowa; nic przeto nie może mnie wstrzymywać.”

Mickiewicz pojawiał się w Collège de France jako mag i jako przewodnik misteriów. Wierzył, że jego „akcje fizyczne” we auli paryskiej uczelni służą transgresji: odsłaniają oryginał historii każdego narodu, Polakom i Francuzom w szczególności. Działania Mickiewicza w paryskiej uczelni, czyli jego lekcje o „literaturze słowiańskiej”, były próbą (poetycką, naukową, egzystencjalną) o konsekwencjach tajemniczych i arcyważnych. Adam Mickiewicz postanowił, że w auli paryskiej uczelni osiągnie trzy skromne cele: odnowi chrześcijaństwo, przemieni poezję w nowy, dramatyczny stan skupienia, to znaczy w prawdziwie chrześcijański sposób bycia, wszak Chrystus był poetą, a przy okazji wyzwoli Polskę, Francję i Europę z niewoli egoizmu. To był zamach Mickiewicza „na wszystkość” – czyniony całym sobą. 

Już Warron w natchnionej rozprawie o naturze języka łacińskiego spisał traktat o działaniu, błędzie i geście, który wzbogacił Arystotelesowy podział na poesis (robienie) i praxis (działanie) o „trzeci rodzaj czynienia” (tertium genus agendi), który nazwał słowem gerere. Możemy przecież – pisał Warron – coś robić (facere), ale nie grać (agere), jak na przykład poeta, który robi sztukę, ale jej nie gra (facit fabulam et non agit: agere znaczy również „grać”); przeciwnie – aktor (actor) gra (agit) w sztuce, ale jej nie robi. Zatem dramat jest zrobiony (fit) przez poetę, ale nie jest przezeń grany (agitur), a przez aktora jest grany, ale nie zrobiony. Ale za to imperator (urzędnik) obdarzony imperium, o którym powiada się, że podlega mu ono jako res gerere, ani nie robi, ani nie działa, ale gerit, to znaczy bierze coś na siebie i to podejmuje (sustinet), staje na urzędzie, wedle niektórych rękopisów: „unosi ciężar”, to znaczy mierzy się z całych sił z tym, co (czego) się podjął.

Czasownik gerere, z którego pozostało w dzisiejszej mowie słowo „gest” i jego pochodne, oznaczał (jeśli poprawnie interpretuję Warrona, podpierając się argumentacją Agambena) takie szczególne zachowanie, które obejmowało całego człowieka: jego mowę, ciało i emocje oraz wyznaczało szczególną postawę wobec tego, co czyni. Ten, kto gerit („podejmuje i niesie ciężar”), dokonuje gestu, którym stawia siebie samego na szalę, ryzykuje całym sobą. Ten gest jest aktem całkowitym. Ten, kto gerit, nie lęka się lęku.

Takie gesty wykonywał Mickiewicz w Collège de France, chociaż czasami wyglądały one „teatralnie”, a chwilami nawet „cyrkowo”. Wystarczyło wyjść z Łacinki i przejść na drugą stronę Sekwany, by wylądować w jakimś radosnym Cyrku Olimpijskim. To było widowsko. Widowisko obrzędowe, podczas którego mag uprawiał magię. I zamieniał się w myśliwego polującego na Słowo. Słowo stężone milczeniem. I polował na upiory, czyli mówiąc inaczej – obmyślał i ćwiczył sposoby na potrząsanie dusz wędrujących przez kanały poszczególnych wcieleń. Mickiewicz, który gerit. Mickiewicz imperator obarczony i obdarzony imperium. Nie dajmy się zwieść powierzchownym sensom tych wyrazów. 

Myślę o dwóch ostatnich cyklach wykładów Mickiewicza w Collège de France oraz o jego zachowaniach w Kole Sprawy Bożej, w papieskich antyszambrach, na posiedzeniach czcigodnych towarzystw, w salonie domowym i po salonach cudzych. O teatrze urządzanym w emigranckich kwaterach na Batigniolach lub po kościołach: w archikatedrze paryskiej lub w kościele Świętego Rocha. W tej kwestii historycy są zgodni. Niechętni Mickiewiczowi ziomkowie mówili o „hecy mistycznej”. Wolę mówić o res gerere. 

Czwarty (trzeci również) kurs literatury słowiańskiej w Collège de France przemienił się w coś więcej niż teatr romantyczny, rozgrywany w auli dramat. Szczególnie zgęstniały, kiedy aktor, i jednocześnie reżyser, mówił o dramacie, występując w roli uczonego profesora, wyrzucającego z siebie magiczne zaklęcia po francusku, z silnym akcentem kresowym. Mickiewicz uprawiał w Paryżu tertium genus agendi.

Adam dokonywał „rzeczy gestykularnych” coraz rzadziej, za to zyskiwały one na intensywności. Przypomnijmy, że w roku akademickim 1840/1841 Adam Mickiewicz stanął na katedrze 41 razy, w roku następnym 32 razy, w roku 1843/1844 – 25 razy, a w roku 1844 tylko 14 razy. Deczyzja ministra oświecenia publicznego o zawieszeniu wykładów i o udzieleniu Mickiewiczowi płatnego urlopu została przyjęta z ulgą przez emigrację oraz przez francuskich przyjaciół Mickiewicza, którzy myśleli, że Polak zwariował. Modły Makryny Mieczysławskiej zostały wysłuchane: „diabelskie widowisko” dobiegło – mówiąc „po Towiańskiemu” – kresy swojej. Skończyło się ono w Collège de France, ale Mickiewicz uprawiał je w innych miejscach: w swych kwaterach na Batigniolach: najpierw na rue d’Amsterdam, później na rue du Boulevard i na rue de la Santé.

Mickiewicz „generował” tertium genus agendi przekonany, że odprawia „pełen guślarstwa obrzęd świętokradzki”, który uchroni ludzi przed ich odczłowieczeniem, a świat cały przed nieuchronnie nadciągającą katastrofą. Mickiewicz wierzył, że bez res gerere nastąpi koniec świata, a Polska utraci ostatecznie szanse na zmartwywstanie. Adam budował to „coś”, co powinno wtajemniczać. Coś odsłaniać. Coś, co powinno pozwalać na godniejsze życie i dawać prawo do umierania własną śmiercią. Mickiewicz wierzył, że bez res gerere życie stałoby się nie do zniesienia. On wierzył, że bez jego „gestów” – aktów całkowitych – życie stałoby się całkiem nie do życia. Życie ludzkie stałoby się nie do życia, a życie człowieka-Polaka – to już nawet szkoda gadać.

Księża zmartwychwstańcy uznali go za heretyka. Niektóre pisma Adama trafiły na indeks. Po zasięgnięciu opinii u znanego teologa monachijskiego Görresa, xiądz Kajsiewicz zanotował: „Przecież to wszystko żydowszczyzna”. Owe „to wszystko” dotyczyło towiańszczyzny, to znaczy Mickiewicza, wszak pozostawał on z Kołem Sprawy Bożej najściślej związany. Źle mówię: on żył kołem, a koło stało się jego życiem. Ilu dawnych przyjaciół odwróciło się od Adama, gdy w czasach towianistycznych uniesień nie chciał wyprzeć się swojej wiary? Wiary w co? Gdzie był jego Bóg ukryty?

Słowacki w drugim i niewysłanym liście do Xięcia Czartoryskiego – a przecież wiemy, jak bardzo napięte i skomplikowane stosunki łączyły (a raczej dzieliły) obu poetów – ubolewał nad odsunięciem Mickiewicza z katedry w Collège de France i wstawiał się za nim, prosząc Xięcia o interwencję:

Filozofowie francuscy (z ducha poganie) – litowali się nad ludźmi – i o głupotę oskarżali tych – którzy krew swoją i żywoty nieśli w obronie jednostki – słowa jednego w niezrozumianej i niepotrzebnej niby tajemnicy – ale opieka Boża nad ludzkością sprawiła, że instynkt ludów mocniejszy był nad zimną rozwagę rozumu – a doniósł nam w katolickim kościele dogmat cały – przez Chrystusa zostawiony – krwią drogą tyle razy wykupiony u barbarzyńców… Dziś rozbłysnął nareszcie i pokazał prawdę prawd – na której wszelkie prawdy mają być wybudowane na nowo. – My, Polacy, po raz drugi od Boga mamy najwyższą syntezę świata duchowego…

Niechże więc Wasza Xiążęca Mość się nie dziwi – że mały jakiś pisarz – Domu Bożego strzegący – chce od francuskich form oczy W.X. Mości odwrócić – a zarazem chce w polskim jego duchu Polaka prawdziwego obudzić […]. Wielka moc i wielki ogień rodzi się w duchu przez miłość prawdziwą rozbudzonym – powietrze niby jakieś pełne dla natchnienia pokarmu. – Duch Święty piorunuje ludzi przez spokojne usta takiego człowieka – wszystkie duchy jemu oddają siły swoje – i w nim pracując radosne są, bo wiedzą, że dla ojczyzny pracują.A Wasza Xiążęca Mość co?

O Słowackim nie sposób powiedzieć, że nie był artystą ambitnym, więc skoro tak zajadle bronił Mickiewicza, to najwidoczniej z przyczyny arcyważnej, którą nazwał w kolejnym fragmencie listu:

Świadkiem jest zatamowane wolne słowo na katedrze paryskiej – iż Wasza Xiążęca Mość lekko traktujesz uszczerbek, który się dzieje w trudno rodzącej się polskiej idei… nie uważając na tę olimpijską stronę nowej Iliady wieków… która w tem jedynie zgrzeszyła, iż zanadto w duchowe krainy uniosła chleb, który Pan Bóg dla świata udzielił… Wszakże to pierwszy raz po tylu wiekach Sorbona  – od Danta jeszcze głucha i nie rodząca – pierwszy raz, mówię, twórcze theologiczne słowo usłyszała… Polak mówił… 

„Twórcze słowo theologiczne” po raz pierwszy od wielu stuleci, dzięki Polakowi – dla Polaków, dla Franuzów, dla wszystkich chrześcijan. Mickiewicz objawił się Słowackiemu „theologiem”, a właściwie – Adamem Odnowicielem: ducha chrześcijaństwa. W Paryżu, w latach czterdziestych XIX wieku, w Collège de France, działo się coś na miarę epoki. Spełniała się duchowa rewolucja lub, jak powiedziałby Słowacki – „rewolucja z ducha”. Dlatego Juliusz chciał prosić Xięcia o zdecydowaną interwencję. Nie poprosił, ale czuł, że coś się święci. Co?

Mickiewicz pojawiał się w Collège de France jako mag i jako przewodnik misteriów – mistagog. Przewodnik odgrywa rolę poważniejszą niż Guślarz podczas święta dziadów na wiejskim cmentarzu: on wiedzie ku przemianie wszystkich na sali obecnych i sam dokonuje transfiguracji w chwili, kiedy wypowiada słowa święte i natchnione, wprowadziwszy się przedtem w odpowiedni stan duchowego uniesienia. Mickiewicz wierzył, że jego „akcje fizyczne” służą w auli paryskiej uczelni transgresji: odsłaniają oryginał historii każdego narodu, Polakom i Francuzom w szczególności, ponieważ, jako zaciekły krytyk linearnego postępu, wierzył w konieczność powrotu do matrycy wszelkich zdarzeń na zasadzie wiecznego powrotu, bowiem to, co kiedykolwiek wydarzyło się w dziejach, już było. Mickiewicz twierdził, że: „Historia symboliczna jest pierwowzorem wszystkich epok następnych; w każdej z nich się powtarza, lubo na coraz szerszą, coraz wyższą miarę”. Mickiewicz wziął na siebie (sustinet) ciężar, którego – jako imperator Słowa – nie mógł nie podjąć.

Res gerere Mickiewicza w Collège de France, szczególnie w ostatnim okresie, przypomina misteria pogańskie, ale odprawiane w duchu pierwszych chrześcijan, które koncentrują się na odkupieńczej ofierze Chrystusa, bardzo różniąc się od nauki trzech pierwszych Ewangelii, nie bez powodu najbliższy sercu Mickiewicza był św. Jan Ewangelista. Zbawienie dokonuje się przez złączenie się wiernego z Panem. W ten sposób rodzi się nowy człowiek ukształtowany na podobieństwo samego Chrystusa. „Przyoblec się w nowego człowieka” i „przyoblec się w Chrystusa” są to wyrażenia jednoznaczne. Odkupiony chrześcijanin żyje „w Chrystusie”. Życie w Chrystusie powinno się rozpocząć w tamtej auli, w Collège de France. Mickiewicz głęboko wierzył w natychmiastową przemianę.

The lectures were transcribed by the audience and published during Mickiewicz’s lifetime. They were translated into many languages. Mickiewicz edited the first editions and provided prefaces. Mickiewicz took over the chair of Slavic languages at the Collège in 1840. His lectures enjoyed fame and popularity, primarily among Slavs and the French. In 1841, Mickiewicz became associated with Andrzej Towiański, a representative of Polish messianism, which influenced the content of his lectures. From the middle of the course, the four-year course became less about literary history and more about messianic propaganda. It sparked enormous controversy. In 1844, the French authorities suspended Mickiewicz from his professorial duties due to the political overtones of his lectures (praising Napoleon) and his promotion of Towiańskiism.

Adamowy zapał, by dotrzeć do „stopnia zero wiary”, powrócić – w gigantycznym trudzie mistyka – do miejsca, w którym judaizm i chrześcijaństwo tworzą ponadwyznaniową jednię i przeciwstawiają się nie sobie nawzajem, lecz nowemu pogaństwu, czyli barbarzyństwu XIX wieku, ujawnił się najmocniej w zwierciadle duszy i w udręczonym ciele xiędza Edwarda Duńskiego. On pierwszy wyruszył jako zmartwychwstaniec, by walczyć z Mickiewiczową herezją, a potem stał się kimś w rodzaju kapelana Towiańskiego.

W tym sensie pojmować wypada Mickiewiczową krytykę „Kościoła urzędowego”. Encyklika Cum primum potępiająca powstanie listopadowe wywarła na Mickiewiczu, podobnie jak na wielu innych Polakach, bardzo złe wrażenie, ale Mickiewicz uznał ją w końcu tylko za kolejny przejaw upadku „ducha chrześcijaństwa”, który musi się odrodzić dzięki powrotowi do własnych źródeł, po dotarciu do „punktu zero”, w którym Nowy Testament wyłaniał się dopiero ze Starego Testamentu, a Izrael pozostawał „starszym bratem” w nowej wierze. Dla Mickiewicza pojawienie się Chrystusa oznaczało wielką rewolucję w skali indywidualnej i kosmicznej. Bez rytualnego pasażu ku źródłom wiary Europę zaleje nowe pogaństwo, które – raczej bezwiednie – „Kościół urzędowy” szerzy i wspiera.

Xiądz Duński, człowiek anielskiej dobroci, umierał w strasznych cierpieniach na gruźlicę kości, był „opętany Chrystusem”. Dzięki opętaniu odzyskiwał siły i odkrywał zapomnianą zdolność jasnego widzenia Pana w zachwyceniu. W jego umęczonym ciele, dzięki naśladowaniu Chrystusa, rozkwitała moc prawie nadludzka.

Stan chrześcijaństwa w XIX stuleciu Duński i Mickiewicz postrzegali jako katastrofę. Obaj wierzyli w całkowite i nieuniknione zwycięstwo dobra, w odkupienie grzechów. I w paruzję, choć xiądz Duński ujrzał w końcu w Adamie kacerza kacerzy, ponieważ sądził, że Mickiewicz zdradził objawienie Towiańskiego.

Zygmunt Krasiński, najbardziej przenikliwy i najbardziej krytyczny polski umysł XIX wieku, w okresie dramatycznych spotkań z Adamem w Rzymie w roku 1848, pisał do Delfiny Potockiej: „Chce świętych w szeregu stojących na kształt sołdatów kierowanych przez sierżantów, oficerów, pułkowników”. Święci sołdaci – to zastęp poetów „nowej epoki” zdolnych słowem góry przenosić. Oto narodziny „nadczłowieka”, nieskończenie silnego pokorą…

Xiądz Duński pojmował kapłaństwo jak Mickiewicz rolę profesora w Collège de France: przemienił się w Paryżu, stolicy świata, w mistagoga nowych misteriów dionizyjskich przesyconych duchem pierwotnego chrześcijaństwa, by zatańczyć ze Zbawicielem.

Kościół „wirtualny” pozostawał dla Mickiewicza opoką Piotrową, źródłem światła i siły. Dlatego tak wielkie znaczenie przypisał w prelekcjach paryskich żenująco słabej Legendzie Krasińskiego, której autor powtarzał Schellingiańską tezę o końcu starego Kościoła i nadejściu epoki św. Jana. Sklepienie Bazyliki św. Piotra podpierała w Legendzie szablami polska szlachta nad głową papieża, ale w końcu zginęła pod gruzami wraz z Namiestnikiem Piotrowym. Mickiewicz – zgodnie ze swymi przyzwyczajeniami, w poczuciu odpowiedzialności szamana lub mistagoga, dbającego, by transfiguracja uczestników obrzędu koniecznie nastąpiła – Legendę w prelekcjach ulepszył (również pod względem artystycznym) i stwierdził, że każdy, kto szuka Kościoła przyszłości, do Rzymu pielgrzymować musi, ale nie po to, by szablą podtrzymywać kopułę: „Nie oręż ziemski ani oręż jednostek zdoła ją ocalić, ale duchy narodów. Duchy narodów podtrzymują tę kopułę, zagrożoną runięciem. Przebiją w niej otwór dla światła niebieskiego”.

Dopiero teraz widać, że Mickiewiczowe próby odnowienia chrześcijaństwa, to znaczy odnowienia poezji, to znaczy – uczynienia, a nie napisania dalszych części Dziadów – były wydarzeniem wyjątkowym w skali europejskiej. Jezus-poeta mówił ustami poety poezję czyniącego.

W tym sensie pojmować wypada Mickiewiczową krytykę „Kościoła urzędowego”. Encyklika Cum primum potępiająca powstanie listopadowe wywarła na Mickiewiczu, podobnie jak na wielu innych Polakach, bardzo złe wrażenie, ale Mickiewicz uznał ją w końcu tylko za kolejny przejaw upadku „ducha chrześcijaństwa”, który musi się odrodzić dzięki powrotowi do własnych źródeł, po dotarciu do „punktu zero”, w którym Nowy Testament wyłaniał się dopiero ze Starego Testamentu, a Izrael pozostawał „starszym bratem” w nowej wierze. Dla Mickiewicza pojawienie się Chrystusa oznaczało wielką rewolucję w skali indywidualnej i kosmicznej. Bez rytualnego pasażu ku źródłom wiary Europę zaleje nowe pogaństwo, które – raczej bezwiednie – „Kościół urzędowy” szerzy i wspiera.

Stan chrześcijaństwa w XIX stuleciu Duński i Mickiewicz postrzegali jako katastrofę. Obaj wierzyli w całkowite i nieuniknione zwycięstwo dobra, w odkupienie grzechów. I w paruzję, choć xiądz Duński ujrzał w końcu w Adamie kacerza kacerzy, ponieważ sądził, że Mickiewicz zdradził objawienie Towiańskiego.

Kościół „wirtualny” pozostawał dla Mickiewicza opoką Piotrową, źródłem światła i siły. Dlatego tak wielkie znaczenie przypisał w prelekcjach paryskich żenująco słabej Legendzie Krasińskiego, której autor powtarzał Schellingiańską tezę o końcu starego Kościoła i nadejściu epoki św. Jana. Sklepienie Bazyliki św. Piotra podpierała w Legendzie szablami polska szlachta nad głową papieża, ale w końcu zginęła pod gruzami wraz z Namiestnikiem Piotrowym. Mickiewicz – zgodnie ze swymi przyzwyczajeniami, w poczuciu odpowiedzialności szamana lub mistagoga, dbającego, by transfiguracja uczestników obrzędu koniecznie nastąpiła – Legendę w prelekcjach ulepszył (również pod względem artystycznym) i stwierdził, że każdy, kto szuka Kościoła przyszłości, do Rzymu pielgrzymować musi, ale nie po to, by szablą podtrzymywać kopułę: „Nie oręż ziemski ani oręż jednostek zdoła ją ocalić, ale duchy narodów. Duchy narodów podtrzymują tę kopułę, zagrożoną runięciem. Przebiją w niej otwór dla światła niebieskiego”.

Zatrzymać czas – otworzyć wieczność: taki był cel Mickiewicza – „theologa”. Odnaleźć wieczność w każdej chwili istnienia, bo każda chwila jest wiecznością, a wieczność nie ma chwil. Otworzyć wieczność na chwilę w Collège de France. Przelatywać ponad sprzecznościami, „skakać po górach, przeskakując pagórki”. Dlatego prelekcje Mickiewicza budziły niechęć, zgorszenie, coraz częściej – grozę.

Dopiero teraz widać, że Mickiewiczowe próby odnowienia chrześcijaństwa, to znaczy odnowienia poezji, to znaczy – uczynienia, a nie napisania dalszych części Dziadów – były wydarzeniem wyjątkowym w skali europejskiej. Jezus-poeta mówił ustami poety poezję czyniącego.

Zygmunt Krasiński, najbardziej przenikliwy i najbardziej krytyczny polski umysł XIX wieku, w okresie dramatycznych spotkań z Adamem w Rzymie w roku 1848, pisał do Delfiny Potockiej: „Chce świętych w szeregu stojących na kształt sołdatów kierowanych przez sierżantów, oficerów, pułkowników”. Święci sołdaci – to zastęp poetów „nowej epoki” zdolnych słowem góry przenosić. Oto narodziny „nadczłowieka”, nieskończenie silnego pokorą…

W zadziwiającej przedmowie do siódmego paryskiego wydania Pism z roku 1844, z sygnaturą Aleksandra Chodźki, ale z pewnością poprawionej, jeśli wręcz przez Mickiewicza nie napisanej, czytamy: Poezja jak ją dotychczas pojmowano powszechnie, dzisiaj już zamknięta. Dlatego niniejszy zbiór poezji wielkiego wieszcza naszego uważamy za zupełnie skończony. Tworzy on osobną epokę w życiu poety, w życiu Polski. To, co odtąd leżało w przeczuciu ich twórcy, stoi dziś przed nim w całym ogromie kolosu, widomej rzeczywistości swojej, odkąd poezja słowo wcieliła się w poezję czyn.

Poezja czynna jest odnowionym chrześcijaństwem. Jest obecnością. Obecnością Jezusa. Poezja pisana utraciła dla Mickiewicza wartość. Prawdziwa poezja – „poezja czynna” – powstawała inaczej. Jednym Mickiewicz objawił się wtedy jako prorok, innym – jako wariat, jako patriota albo jako zdrajca, apostoł albo apostata, kapłan albo błazen. Mickiewiczowym „próbom całości” towarzyszyła atmosfera zachwytu lub skandalu, ekscytacji lub drwiny, uwielbienia lub odtrącenia, tragedii lub farsy, a czasami stawała się i tragedią, i farsą.

Zdmuchnij świecę, Mości Xiążę. List Słowackiego nie nadejdzie. Śnij w fotelu, pomarz o Polsce. Bóg Adama ukryty. Mickiewicz – imperator. Między res gerere i res publica – różnica. Dobranoc, Xiążę. Dobranoc Państwu.

PS. 

Co tutaj zarysowałem, to są obszerne fragmenty eseju Pana Krzysztofa Rutkowskiego, jakie ja sobie nieskromnie przejąłem, w tej sprawie  za Panem Krzysztofem pozostawiłem autentyczną pisownię języka polskiego z XIX stulecia – bo ja w to wierzę, a Państwo? przekażcie dalej. Krzysztof Rutkowski, Co „robił” Mickiewicz w Collège de France? W: Eseje 7-8/2018. Por. https://archiwum.teatr-pismo.pl/6798-co-robil-mickiewicz-w-college…#Stanislaw Barszczak

_____

Stanisław Barszczak, Prelekcje paryskie – cykl wykładów Adama Mickiewicza  na temat literatury słowiańskiej w Collège de France w Paryżu w latach 1840-1844

 Zaledwie dziesięć lat po „Panu Tadeuszu” Adam Mickiewicz napisał swoje drugie prawdziwe dzieło, czyli „Wykłady paryskie”. Są to jego „Wykłady paryskie” – cykl wykładów Adama Mickiewicza o literaturze słowiańskiej w Collège de France w Paryżu w latach 1840–1844 (cztery roczne kursy).

Wykłady zostały spisane przez słuchaczy i wydane jeszcze za życia Mickiewicza. Przetłumaczono je na wiele języków. Mickiewicz redagował pierwsze wydania i opatrywał je przedmowami. Mickiewicz objął w Collège katedrę języków słowiańskich w 1840 roku. Jego wykłady cieszyły się sławą i popularnością głównie wśród Słowian i Francuzów. W roku 1841 Mickiewicz związał się z reprezentantem nurtu polskiego mesjanizmu – Andrzejem Towiańskim, co miało wpływ na treść prelekcji. Czteroletni kurs od połowy zaczął być mniej historią literatury, a bardziej propagandą mesjanizmu. Wywoływał ogromne kontrowersje. W 1844 roku władze francuskie zawiesiły Mickiewicza w czynnościach profesora z powodu politycznej wymowy wykładów (wychwalanie Napoleona) oraz propagowania towianizmu.

W wykładach Mickiewicz wygłosił autorską i bogatą historię kultury Słowian. Nie ograniczał się do historii literatury, ale mówił o historii filozofii, języka, religii czy historii politycznej. Skomentował ideę dramatu słowiańskiego. Przeprowadził wiele błyskotliwych analiz literackich. Jednocześnie głosił misję Słowian, szczególnie Polaków i Francuzów, co czyniło go przedstawicielem mesjanizmu polskiego. Uważał, że świat czeka rychła odmiana i powtórne zejście Chrystusa na Ziemię. Może ona dojść do skutku dzięki ofierze, jaką złożyli Polacy oraz ich cierpieniu. Krytykował Kościół katolicki za sprzeniewierzenie się zasadom chrześcijaństwa.

Wykłady paryskie zapoczątkowują nowy etap w biografii Mickiewicza – już nie poety, ale wykładowcy, działacza politycznego, publicysty, towiańczyka. Etap to mniej zbadany i omawiany, bo nie zaowocował arcydziełami literackimi, jednak z dzisiejszego punktu widzenia jest równie, a może nawet bardziej interesujący. Dla zrozumienia tego etapu skreśliłem niniejszy tekst, gdyż ukazuje bardzo istotny moment przeformułowywania Mickiewiczowskiego światopoglądu. To jest jakby przęsło pomiędzy jego ideologią romantyczną, mocno jeszcze zakorzenioną w tradycjach i obyczajach wieku XVIII, a zarysowującymi się już i dostrzeganymi przez poetę problemami ideologicznymi i społecznymi, które zdominują koniec wieku XIX i wiek XX.

Mistrz Adam będzie musiał oddać formę zewnętrzną słowa twórczego w języku francuskim, choć bardzo szybko słuchacze wykładów podjęli się polskiego przekładu prelekcji paryskich. Uznany poeta zaczął tak:

„Panowie. Te oznaki dobrego usposobienia dla mnie publiczności złożonej w części z moich współziomków, między którymi widzę wielu moich przyjaciół, są mi drogie – ale nie mylę się, co prawdziwie znaczą… będziemy musieli dać poznać i sądzić pomniki literatury, dzieła sztuki; a dać poznać, jest to dać uczuć ten zapał, który je utworzył…Wezwano mnie, żebym zabrał głos w imieniu literatury ludów… żebym zabrał głos w czasie głos, kiedy słowo jest potęgą i w mieście, które… jest stolicą słowa; nic przeto nie może mnie wstrzymywać.”

Mickiewicz pojawiał się w Collège de France jako mag i jako przewodnik misteriów. Wierzył, że jego „akcje fizyczne” we auli paryskiej uczelni służą transgresji: odsłaniają oryginał historii każdego narodu, Polakom i Francuzom w szczególności. Działania Mickiewicza w paryskiej uczelni, czyli jego lekcje o „literaturze słowiańskiej”, były próbą (poetycką, naukową, egzystencjalną) o konsekwencjach tajemniczych i arcyważnych. Adam Mickiewicz postanowił, że w auli paryskiej uczelni osiągnie trzy skromne cele: odnowi chrześcijaństwo, przemieni poezję w nowy, dramatyczny stan skupienia, to znaczy w prawdziwie chrześcijański sposób bycia, wszak Chrystus był poetą, a przy okazji wyzwoli Polskę, Francję i Europę z niewoli egoizmu. To był zamach Mickiewicza „na wszystkość” – czyniony całym sobą. 

Już Warron w natchnionej rozprawie o naturze języka łacińskiego spisał traktat o działaniu, błędzie i geście, który wzbogacił Arystotelesowy podział na poesis (robienie) i praxis (działanie) o „trzeci rodzaj czynienia” (tertium genus agendi), który nazwał słowem gerere. Możemy przecież – pisał Warron – coś robić (facere), ale nie grać (agere), jak na przykład poeta, który robi sztukę, ale jej nie gra (facit fabulam et non agit: agere znaczy również „grać”); przeciwnie – aktor (actor) gra (agit) w sztuce, ale jej nie robi. Zatem dramat jest zrobiony (fit) przez poetę, ale nie jest przezeń grany (agitur), a przez aktora jest grany, ale nie zrobiony. Ale za to imperator (urzędnik) obdarzony imperium, o którym powiada się, że podlega mu ono jako res gerere, ani nie robi, ani nie działa, ale gerit, to znaczy bierze coś na siebie i to podejmuje (sustinet), staje na urzędzie, wedle niektórych rękopisów: „unosi ciężar”, to znaczy mierzy się z całych sił z tym, co (czego) się podjął.

Czasownik gerere, z którego pozostało w dzisiejszej mowie słowo „gest” i jego pochodne, oznaczał (jeśli poprawnie interpretuję Warrona, podpierając się argumentacją Agambena) takie szczególne zachowanie, które obejmowało całego człowieka: jego mowę, ciało i emocje oraz wyznaczało szczególną postawę wobec tego, co czyni. Ten, kto gerit („podejmuje i niesie ciężar”), dokonuje gestu, którym stawia siebie samego na szalę, ryzykuje całym sobą. Ten gest jest aktem całkowitym. Ten, kto gerit, nie lęka się lęku.

Takie gesty wykonywał Mickiewicz w Collège de France, chociaż czasami wyglądały one „teatralnie”, a chwilami nawet „cyrkowo”. Wystarczyło wyjść z Łacinki i przejść na drugą stronę Sekwany, by wylądować w jakimś radosnym Cyrku Olimpijskim. To było widowsko. Widowisko obrzędowe, podczas którego mag uprawiał magię. I zamieniał się w myśliwego polującego na Słowo. Słowo stężone milczeniem. I polował na upiory, czyli mówiąc inaczej – obmyślał i ćwiczył sposoby na potrząsanie dusz wędrujących przez kanały poszczególnych wcieleń. Mickiewicz, który gerit. Mickiewicz imperator obarczony i obdarzony imperium. Nie dajmy się zwieść powierzchownym sensom tych wyrazów. 

Myślę o dwóch ostatnich cyklach wykładów Mickiewicza w Collège de France oraz o jego zachowaniach w Kole Sprawy Bożej, w papieskich antyszambrach, na posiedzeniach czcigodnych towarzystw, w salonie domowym i po salonach cudzych. O teatrze urządzanym w emigranckich kwaterach na Batigniolach lub po kościołach: w archikatedrze paryskiej lub w kościele Świętego Rocha. W tej kwestii historycy są zgodni. Niechętni Mickiewiczowi ziomkowie mówili o „hecy mistycznej”. Wolę mówić o res gerere. 

Czwarty (trzeci również) kurs literatury słowiańskiej w Collège de France przemienił się w coś więcej niż teatr romantyczny, rozgrywany w auli dramat. Szczególnie zgęstniały, kiedy aktor, i jednocześnie reżyser, mówił o dramacie, występując w roli uczonego profesora, wyrzucającego z siebie magiczne zaklęcia po francusku, z silnym akcentem kresowym. Mickiewicz uprawiał w Paryżu tertium genus agendi.

Adam dokonywał „rzeczy gestykularnych” coraz rzadziej, za to zyskiwały one na intensywności. Przypomnijmy, że w roku akademickim 1840/1841 Adam Mickiewicz stanął na katedrze 41 razy, w roku następnym 32 razy, w roku 1843/1844 – 25 razy, a w roku 1844 tylko 14 razy. Deczyzja ministra oświecenia publicznego o zawieszeniu wykładów i o udzieleniu Mickiewiczowi płatnego urlopu została przyjęta z ulgą przez emigrację oraz przez francuskich przyjaciół Mickiewicza, którzy myśleli, że Polak zwariował. Modły Makryny Mieczysławskiej zostały wysłuchane: „diabelskie widowisko” dobiegło – mówiąc „po Towiańskiemu” – kresy swojej. Skończyło się ono w Collège de France, ale Mickiewicz uprawiał je w innych miejscach: w swych kwaterach na Batigniolach: najpierw na rue d’Amsterdam, później na rue du Boulevard i na rue de la Santé.

Mickiewicz „generował” tertium genus agendi przekonany, że odprawia „pełen guślarstwa obrzęd świętokradzki”, który uchroni ludzi przed ich odczłowieczeniem, a świat cały przed nieuchronnie nadciągającą katastrofą. Mickiewicz wierzył, że bez res gerere nastąpi koniec świata, a Polska utraci ostatecznie szanse na zmartwywstanie. Adam budował to „coś”, co powinno wtajemniczać. Coś odsłaniać. Coś, co powinno pozwalać na godniejsze życie i dawać prawo do umierania własną śmiercią. Mickiewicz wierzył, że bez res gerere życie stałoby się nie do zniesienia. On wierzył, że bez jego „gestów” – aktów całkowitych – życie stałoby się całkiem nie do życia. Życie ludzkie stałoby się nie do życia, a życie człowieka-Polaka – to już nawet szkoda gadać.

Księża zmartwychwstańcy uznali go za heretyka. Niektóre pisma Adama trafiły na indeks. Po zasięgnięciu opinii u znanego teologa monachijskiego Görresa, xiądz Kajsiewicz zanotował: „Przecież to wszystko żydowszczyzna”. Owe „to wszystko” dotyczyło towiańszczyzny, to znaczy Mickiewicza, wszak pozostawał on z Kołem Sprawy Bożej najściślej związany. Źle mówię: on żył kołem, a koło stało się jego życiem. Ilu dawnych przyjaciół odwróciło się od Adama, gdy w czasach towianistycznych uniesień nie chciał wyprzeć się swojej wiary? Wiary w co? Gdzie był jego Bóg ukryty?

Słowacki w drugim i niewysłanym liście do Xięcia Czartoryskiego – a przecież wiemy, jak bardzo napięte i skomplikowane stosunki łączyły (a raczej dzieliły) obu poetów – ubolewał nad odsunięciem Mickiewicza z katedry w Collège de France i wstawiał się za nim, prosząc Xięcia o interwencję:

Filozofowie francuscy (z ducha poganie) – litowali się nad ludźmi – i o głupotę oskarżali tych – którzy krew swoją i żywoty nieśli w obronie jednostki – słowa jednego w niezrozumianej i niepotrzebnej niby tajemnicy – ale opieka Boża nad ludzkością sprawiła, że instynkt ludów mocniejszy był nad zimną rozwagę rozumu – a doniósł nam w katolickim kościele dogmat cały – przez Chrystusa zostawiony – krwią drogą tyle razy wykupiony u barbarzyńców… Dziś rozbłysnął nareszcie i pokazał prawdę prawd – na której wszelkie prawdy mają być wybudowane na nowo. – My, Polacy, po raz drugi od Boga mamy najwyższą syntezę świata duchowego…

Niechże więc Wasza Xiążęca Mość się nie dziwi – że mały jakiś pisarz – Domu Bożego strzegący – chce od francuskich form oczy W.X. Mości odwrócić – a zarazem chce w polskim jego duchu Polaka prawdziwego obudzić […]. Wielka moc i wielki ogień rodzi się w duchu przez miłość prawdziwą rozbudzonym – powietrze niby jakieś pełne dla natchnienia pokarmu. – Duch Święty piorunuje ludzi przez spokojne usta takiego człowieka – wszystkie duchy jemu oddają siły swoje – i w nim pracując radosne są, bo wiedzą, że dla ojczyzny pracują.A Wasza Xiążęca Mość co?

O Słowackim nie sposób powiedzieć, że nie był artystą ambitnym, więc skoro tak zajadle bronił Mickiewicza, to najwidoczniej z przyczyny arcyważnej, którą nazwał w kolejnym fragmencie listu:

Świadkiem jest zatamowane wolne słowo na katedrze paryskiej – iż Wasza Xiążęca Mość lekko traktujesz uszczerbek, który się dzieje w trudno rodzącej się polskiej idei… nie uważając na tę olimpijską stronę nowej Iliady wieków… która w tem jedynie zgrzeszyła, iż zanadto w duchowe krainy uniosła chleb, który Pan Bóg dla świata udzielił… Wszakże to pierwszy raz po tylu wiekach Sorbona  – od Danta jeszcze głucha i nie rodząca – pierwszy raz, mówię, twórcze theologiczne słowo usłyszała… Polak mówił… 

„Twórcze słowo theologiczne” po raz pierwszy od wielu stuleci, dzięki Polakowi – dla Polaków, dla Franuzów, dla wszystkich chrześcijan. Mickiewicz objawił się Słowackiemu „theologiem”, a właściwie – Adamem Odnowicielem: ducha chrześcijaństwa. W Paryżu, w latach czterdziestych XIX wieku, w Collège de France, działo się coś na miarę epoki. Spełniała się duchowa rewolucja lub, jak powiedziałby Słowacki – „rewolucja z ducha”. Dlatego Juliusz chciał prosić Xięcia o zdecydowaną interwencję. Nie poprosił, ale czuł, że coś się święci. Co?

Mickiewicz pojawiał się w Collège de France jako mag i jako przewodnik misteriów – mistagog. Przewodnik odgrywa rolę poważniejszą niż Guślarz podczas święta dziadów na wiejskim cmentarzu: on wiedzie ku przemianie wszystkich na sali obecnych i sam dokonuje transfiguracji w chwili, kiedy wypowiada słowa święte i natchnione, wprowadziwszy się przedtem w odpowiedni stan duchowego uniesienia. Mickiewicz wierzył, że jego „akcje fizyczne” służą w auli paryskiej uczelni transgresji: odsłaniają oryginał historii każdego narodu, Polakom i Francuzom w szczególności, ponieważ, jako zaciekły krytyk linearnego postępu, wierzył w konieczność powrotu do matrycy wszelkich zdarzeń na zasadzie wiecznego powrotu, bowiem to, co kiedykolwiek wydarzyło się w dziejach, już było. Mickiewicz twierdził, że: „Historia symboliczna jest pierwowzorem wszystkich epok następnych; w każdej z nich się powtarza, lubo na coraz szerszą, coraz wyższą miarę”. Mickiewicz wziął na siebie (sustinet) ciężar, którego – jako imperator Słowa – nie mógł nie podjąć.

Res gerere Mickiewicza w Collège de France, szczególnie w ostatnim okresie, przypomina misteria pogańskie, ale odprawiane w duchu pierwszych chrześcijan, które koncentrują się na odkupieńczej ofierze Chrystusa, bardzo różniąc się od nauki trzech pierwszych Ewangelii, nie bez powodu najbliższy sercu Mickiewicza był św. Jan Ewangelista. Zbawienie dokonuje się przez złączenie się wiernego z Panem. W ten sposób rodzi się nowy człowiek ukształtowany na podobieństwo samego Chrystusa. „Przyoblec się w nowego człowieka” i „przyoblec się w Chrystusa” są to wyrażenia jednoznaczne. Odkupiony chrześcijanin żyje „w Chrystusie”. Życie w Chrystusie powinno się rozpocząć w tamtej auli, w Collège de France. Mickiewicz głęboko wierzył w natychmiastową przemianę.

Adamowy zapał, by dotrzeć do „stopnia zero wiary”, powrócić – w gigantycznym trudzie mistyka – do miejsca, w którym judaizm i chrześcijaństwo tworzą ponadwyznaniową jednię i przeciwstawiają się nie sobie nawzajem, lecz nowemu pogaństwu, czyli barbarzyństwu XIX wieku, ujawnił się najmocniej w zwierciadle duszy i w udręczonym ciele xiędza Edwarda Duńskiego. On pierwszy wyruszył jako zmartwychwstaniec, by walczyć z Mickiewiczową herezją, a potem stał się kimś w rodzaju kapelana Towiańskiego.

Xiądz Duński, człowiek anielskiej dobroci, umierał w strasznych cierpieniach na gruźlicę kości, był „opętany Chrystusem”. Dzięki opętaniu odzyskiwał siły i odkrywał zapomnianą zdolność jasnego widzenia Pana w zachwyceniu. W jego umęczonym ciele, dzięki naśladowaniu Chrystusa, rozkwitała moc prawie nadludzka.

Stan chrześcijaństwa w XIX stuleciu Duński i Mickiewicz postrzegali jako katastrofę. Obaj wierzyli w całkowite i nieuniknione zwycięstwo dobra, w odkupienie grzechów. I w paruzję, choć xiądz Duński ujrzał w końcu w Adamie kacerza kacerzy, ponieważ sądził, że Mickiewicz zdradził objawienie Towiańskiego.

Xiądz Duński pojmował kapłaństwo jak Mickiewicz rolę profesora w Collège de France: przemienił się w Paryżu, stolicy świata, w mistagoga nowych misteriów dionizyjskich przesyconych duchem pierwotnego chrześcijaństwa, by zatańczyć ze Zbawicielem.

W tym sensie pojmować wypada Mickiewiczową krytykę „Kościoła urzędowego”. Encyklika Cum primum potępiająca powstanie listopadowe wywarła na Mickiewiczu, podobnie jak na wielu innych Polakach, bardzo złe wrażenie, ale Mickiewicz uznał ją w końcu tylko za kolejny przejaw upadku „ducha chrześcijaństwa”, który musi się odrodzić dzięki powrotowi do własnych źródeł, po dotarciu do „punktu zero”, w którym Nowy Testament wyłaniał się dopiero ze Starego Testamentu, a Izrael pozostawał „starszym bratem” w nowej wierze. Dla Mickiewicza pojawienie się Chrystusa oznaczało wielką rewolucję w skali indywidualnej i kosmicznej. Bez rytualnego pasażu ku źródłom wiary Europę zaleje nowe pogaństwo, które – raczej bezwiednie – „Kościół urzędowy” szerzy i wspiera.

Kościół „wirtualny” pozostawał dla Mickiewicza opoką Piotrową, źródłem światła i siły. Dlatego tak wielkie znaczenie przypisał w prelekcjach paryskich żenująco słabej Legendzie Krasińskiego, której autor powtarzał Schellingiańską tezę o końcu starego Kościoła i nadejściu epoki św. Jana. Sklepienie Bazyliki św. Piotra podpierała w Legendzie szablami polska szlachta nad głową papieża, ale w końcu zginęła pod gruzami wraz z Namiestnikiem Piotrowym. Mickiewicz – zgodnie ze swymi przyzwyczajeniami, w poczuciu odpowiedzialności szamana lub mistagoga, dbającego, by transfiguracja uczestników obrzędu koniecznie nastąpiła – Legendę w prelekcjach ulepszył (również pod względem artystycznym) i stwierdził, że każdy, kto szuka Kościoła przyszłości, do Rzymu pielgrzymować musi, ale nie po to, by szablą podtrzymywać kopułę: „Nie oręż ziemski ani oręż jednostek zdoła ją ocalić, ale duchy narodów. Duchy narodów podtrzymują tę kopułę, zagrożoną runięciem. Przebiją w niej otwór dla światła niebieskiego”.

Zatrzymać czas – otworzyć wieczność: taki był cel Mickiewicza – „theologa”. Odnaleźć wieczność w każdej chwili istnienia, bo każda chwila jest wiecznością, a wieczność nie ma chwil. Otworzyć wieczność na chwilę w Collège de France. Przelatywać ponad sprzecznościami, „skakać po górach, przeskakując pagórki”. Dlatego prelekcje Mickiewicza budziły niechęć, zgorszenie, coraz częściej – grozę.

Dopiero teraz widać, że Mickiewiczowe próby odnowienia chrześcijaństwa, to znaczy odnowienia poezji, to znaczy – uczynienia, a nie napisania dalszych części Dziadów – były wydarzeniem wyjątkowym w skali europejskiej. Jezus-poeta mówił ustami poety poezję czyniącego.

Zygmunt Krasiński, najbardziej przenikliwy i najbardziej krytyczny polski umysł XIX wieku, w okresie dramatycznych spotkań z Adamem w Rzymie w roku 1848, pisał do Delfiny Potockiej: „Chce świętych w szeregu stojących na kształt sołdatów kierowanych przez sierżantów, oficerów, pułkowników”. Święci sołdaci – to zastęp poetów „nowej epoki” zdolnych słowem góry przenosić. Oto narodziny „nadczłowieka”, nieskończenie silnego pokorą…

W zadziwiającej przedmowie do siódmego paryskiego wydania Pism z roku 1844, z sygnaturą Aleksandra Chodźki, ale z pewnością poprawionej, jeśli wręcz przez Mickiewicza nie napisanej, czytamy: Poezja jak ją dotychczas pojmowano powszechnie, dzisiaj już zamknięta. Dlatego niniejszy zbiór poezji wielkiego wieszcza naszego uważamy za zupełnie skończony. Tworzy on osobną epokę w życiu poety, w życiu Polski. To, co odtąd leżało w przeczuciu ich twórcy, stoi dziś przed nim w całym ogromie kolosu, widomej rzeczywistości swojej, odkąd poezja słowo wcieliła się w poezję czyn.

Poezja czynna jest odnowionym chrześcijaństwem. Jest obecnością. Obecnością Jezusa. Poezja pisana utraciła dla Mickiewicza wartość. Prawdziwa poezja – „poezja czynna” – powstawała inaczej. Jednym Mickiewicz objawił się wtedy jako prorok, innym – jako wariat, jako patriota albo jako zdrajca, apostoł albo apostata, kapłan albo błazen. Mickiewiczowym „próbom całości” towarzyszyła atmosfera zachwytu lub skandalu, ekscytacji lub drwiny, uwielbienia lub odtrącenia, tragedii lub farsy, a czasami stawała się i tragedią, i farsą.

Zdmuchnij świecę, Mości Xiążę. List Słowackiego nie nadejdzie. Śnij w fotelu, pomarz o Polsce. Bóg Adama ukryty. Mickiewicz – imperator. Między res gerere i res publica – różnica. Dobranoc, Xiążę. Dobranoc Państwu.

PS. 

Co tutaj zarysowałem, to są obszerne fragmenty eseju Pana Krzysztofa Rutkowskiego, jakie ja sobie nieskromnie przejąłem, w tej sprawie  za Panem Krzysztofem pozostawiłem autentyczną pisownię języka polskiego z XIX stulecia – bo ja w to wierzę, a Państwo? przekażcie dalej. Krzysztof Rutkowski, Co „robił” Mickiewicz w Collège de France? W: Eseje 7-8/2018. Por. https://archiwum.teatr-pismo.pl/6798-co-robil-mickiewicz-w-college-de-france/ #Stanisław Barszczak.

 

______

Stanisław Barszczak, Paris Lectures – a series of lectures by Adam Mickiewicz on Slavic literature at the Collège de France in Paris from 1840 to 1844

Only ten years after „Pan Tadeusz”, Adam Mickiewicz wrote his second true work of art, namely „Wykłady paryskie”. These are His ‚Paris Lectures’ – a series of lectures by Adam Mickiewicz on Slavic literature at the Collège de France in Paris from 1840 to 1844 (four one-year courses).

In his lectures, Mickiewicz presented his own and rich history of Slavic culture. He did not limit himself to literary history, but also addressed the history of philosophy, language, religion, and political history. He commented on the concept of Slavic drama and conducted many brilliant literary analyses. At the same time, he proclaimed the mission of the Slavs, particularly the Poles and the French, making him a representative of Polish messianism. He believed that the world was about to experience a swift transformation and the return of Christ to Earth. This could be achieved through the sacrifice made by the Poles and their suffering. He criticized the Catholic Church for betraying the principles of Christianity.

The Paris lectures ushered in a new phase in Mickiewicz’s biography—no longer as a poet, but as a lecturer, political activist, publicist, and Towianist. This phase has been less researched and discussed, as it did not produce literary masterpieces, but from today’s perspective, it is equally, or perhaps even more, interesting. To understand this phase, I have removed this text, as it reveals a crucial moment in the reformulation of Mickiewicz’s worldview. It is a bridge between his Romantic ideology, still deeply rooted in the traditions and customs of the 18th century, and the emerging ideological and social problems, already perceived by the poet, that would dominate the late 19th and 20th centuries.

Master Adam will have to render the external form of his creative words in French, although the audience of the lectures quickly undertook a Polish translation of the Paris lectures. The renowned poet began:

„Gentlemen. These signs of goodwill from an audience composed in part of my countrymen, among whom I see many friends, are dear to me—but I am not mistaken in their true meaning… we will have to make known and judge monuments of literature, works of art; and to make known is to make felt the zeal that created them… I have been called to speak out on behalf of the literature of the peoples… to speak out at a time when words are powerful and in a city that… is the capital of words; therefore, nothing can hold me back.”

Mickiewicz appeared at the Collège de France as a magician and as a guide of mysteries. He believed that his „physical actions” in the lecture hall of the Parisian university served a transgressive purpose: they revealed the original history of each nation, to Poles and Frenchmen in particular. Mickiewicz’s activities at the Parisian university, namely his lessons on „Slavic literature,” were an attempt (poetic, scientific, existential) with mysterious and crucial consequences. Adam Mickiewicz decided that in the lecture hall of the Parisian university he would achieve three modest goals: to renew Christianity, to transform poetry into a new, dramatic state of concentration—that is, into a truly Christian way of being, after all, Christ was a poet—and, in the process, to liberate Poland, France, and Europe from the slavery of egoism. This was Mickiewicz’s attack „on everything”—one he committed with his entire being.

In his inspired treatise on the nature of the Latin language, Varro had already written a treatise on action, error, and gesture, which enriched Aristotle’s division between poesis (doing) and praxis (action) with a „third kind of doing” (tertium genus agendi), which he called gerere. We can, Varro wrote, do something (facere) but not act (agere), as for example a poet who makes a play but does not act it (facit fabulam et non agit: agere also means „to play”); on the contrary, an actor acts (agit) in a play but does not act it. Thus, the drama is made (fit) by the poet but is not acted by him (agitur), and is acted by the actor but not acted. But an emperor (official) endowed with an empire, of whom it is said that it is subject to him as res gerere, neither does nor acts, but gerit, that is, takes something upon himself and undertakes (sustinet), he takes office, according to some manuscripts: „he bears the burden,” that is, he faces with all his strength what he has undertaken.

The verb gerere, from which the word „gesture” and its derivatives remain in today’s speech, denoted (if I interpret Varro correctly, supported by Agamben’s argument) a specific behavior that encompassed the whole person: their speech, body, and emotions, and designated a particular attitude toward what they do. One who gerit („takes up and carries the burden”) makes a gesture that puts themselves at risk, risks their whole being. This gesture is a total act. One who gerit is not afraid of fear.

Mickiewicz performed such gestures at the Collège de France, although they sometimes looked „theatrical,” and at times even „circus-like.” One only had to leave the Latin School and cross the Seine to find oneself in some joyful Olympic Circus. It was a spectacle. A ritual spectacle, during which the magician performed magic. And he transformed himself into a hunter hunting the Word. The Word condensed in silence. And he hunted ghosts, or, in other words, he devised and practiced ways to shake the souls wandering through the channels of individual incarnations. Mickiewicz, who gerit. Mickiewicz, emperor burdened and endowed with empire. Let us not be deceived by the superficial meanings of these words.

I am thinking of Mickiewicz’s last two lecture series at the Collège de France and of his behavior in the Circle of the Divine Cause, in papal anti-chambers, at meetings of venerable societies, in his home salon, and in the salons of others. About the theater organized in the émigré quarters in Batignolle or in churches: in the Parisian Archcathedral or in the Church of Saint Roch. Historians agree on this point. Mickiewicz’s reluctant compatriots spoke of „mystical playfulness.” I prefer to speak of res gerere.

The fourth (and third) Slavic literature course at the Collège de France transformed into something more than Romantic theater, a drama performed in the auditorium. It became particularly intense when the actor, who was also the director, spoke about the drama, playing the role of a learned professor, uttering magical incantations in French with a strong borderland accent. Mickiewicz cultivated the tertium genus agendi in Paris.

Adam performed „gestural things” less and less frequently, but they grew in intensity. Let us recall that in the 1840/1841 academic year, Adam Mickiewicz stood in the chair 41 times, the following year 32 times, in 1843/1844 – 25 times, and in 1844 only 14 times. The Minister of Public Enlightenment’s decision to suspend lectures and grant Mickiewicz paid leave was greeted with relief by the émigré community and by Mickiewicz’s French friends, who thought the Pole had gone mad. Makryna Mieczysławska’s prayers were answered: the „devilish spectacle” had – to use Towiański’s terms – reached its end. It ended at the Collège de France, but Mickiewicz continued it elsewhere: in his quarters in the Batignols, first on the rue d’Amsterdam, then on the rue du Boulevard and then on the rue de la Santé. Mickiewicz „generated” the tertium genus agendi, convinced that he was performing a „sacrilegious, witchcraft-filled rite” that would protect people from dehumanization and the entire world from the inevitably approaching catastrophe. Mickiewicz believed that without res gerere, the world would end, and Poland would ultimately lose its chance of resurrection. Adam was building that „something” that should initiate. Reveal something. Something that should allow for a more dignified life and grant the right to die one’s own death. Mickiewicz believed that without res gerere, life would become unbearable. He believed that without his „gestures”—total acts—life would become utterly unlivable. Human life would become unlivable, and the life of a Polish person—that’s not even worth talking about.

The Resurrection priests considered him a heretic. Some of Adam’s writings were placed on the index. After consulting the renowned Munich theologian Görres, Father Kajsiewicz noted: „But it’s all Jewish.” This „all” referred to Towianism, meaning Mickiewicz, who remained most closely associated with the Circle of the Divine Cause. I’m wrong: he lived the Circle, and the Circle became his life. How many former friends turned away from Adam when, in the days of Towianist ecstasy, he refused to renounce his faith? Faith in what? Where was his God hidden? In his second, unsent letter to Prince Czartoryski—and we know how tense and complicated the relationship between the two poets was—Słowacki lamented Mickiewicz’s dismissal from his chair at the College de France and interceded on his behalf, asking the Prince to intervene:

French philosophers (pagans in spirit)—pitied people—and accused those of stupidity—who shed their blood and lives in defense of an individual—the words of one in a seemingly incomprehensible and unnecessary mystery—but God’s protection for humanity made the instinct of the peoples stronger than the cold deliberation of reason—and he reported to us in the Catholic Church whole dogmatic by Christ, redeemed so many times from the barbarians with precious blood… Today, it finally shone forth and showed the truth of truths – on which all truths are to be built anew. – We, Poles, for the second time have from God the highest synthesis of the spiritual world…

So let Your Royal Highness not be surprised that some small writer – guarding the House of God – wants to avert Your Royal Highness’s eyes from French forms – and at the same time wants to awaken the true Pole in his Polish spirit […]. Great power and great fire are born in a spirit awakened by true love – the air as if full of nourishment for inspiration. – The Holy Spirit thunders people through the calm lips of such a person – all spirits devote their strength to him – and in him, working, they are joyful, because they know they are working for the homeland. And Your Royal Highness, what?

It’s impossible to say that Słowacki wasn’t an ambitious artist, so if he defended Mickiewicz so fiercely, it was clearly for an extremely important reason, which he named in the next section of the letter:

The suppression of free speech in the Parisian cathedral is a witness – that Your Royal Highness treats lightly the damage that is happening to the slowly emerging Polish idea… disregarding this Olympian aspect of the new Iliad of the ages… which sinned only in carrying too far into spiritual realms the bread that God has given to the world… After all, this is the first time in so many centuries that the Sorbonne – still deaf and unborn since Dante – has heard, I say, a creative theological word… A Pole spoke…

„A creative theological word” for the first time in many centuries, thanks to a Pole – for Poles, for the French, for all Christians. Mickiewicz revealed himself to Słowacki as a „theologian,” or rather, Adam the Restorer: the spirit of Christianity. In Paris, in the 1840s, at the Collège de France, something of the era was happening. A spiritual revolution was taking place, or, as Słowacki would say, a „revolution of the spirit.” Therefore, Juliusz wanted to ask the Prince for decisive intervention. He didn’t ask, but he sensed that something was afoot. What?

Mickiewicz appeared at the Collège de France as a magician and as a guide to the mysteries—a mystagogue. The guide plays a more serious role than the Sorcerer during the Forefathers’ Eve celebration in the village cemetery: he leads everyone present toward transformation and himself transfigures himself at the moment he utters holy and inspired words, having first brought himself into the appropriate state of spiritual ecstasy. Mickiewicz believed that his „physical actions” served a transgressive purpose in the lecture hall of the Parisian university: they revealed the original history of every nation, especially to the Poles and the French. As a fierce critic of linear progress, he believed in the necessity of returning to the matrix of all events on the principle of eternal recurrence, for everything that ever happened in history had already happened. Mickiewicz claimed that: „Symbolic history is the prototype of all subsequent eras; in each of them it repeats itself, albeit on an ever broader, ever higher scale.” Mickiewicz took upon himself (sustinet) a burden that—as the emperor of the Word—he could not fail to undertake.

Mickiewicz’s res gerere at the Collège de France, especially in his final period, resembles pagan mysteries, but performed in the spirit of early Christians, which focus on the redemptive sacrifice of Christ, differing greatly from the teachings of the first three Gospels. It is not without reason that St. John the Evangelist was closest to Mickiewicz’s heart. Salvation is achieved through the faithful’s union with the Lord. In this way, a new man is born, shaped in the likeness of Christ himself. „Put on the new man” and „put on Christ” are synonymous expressions. The redeemed Christian lives „in Christ.” Life in Christ should begin in that hall, at the Collège de France. Mickiewicz deeply believed in instantaneous transformation.

Adam’s zeal to reach the „zero degree of faith,” to return—through the gigantic labor of a mystic—to the place where Judaism and Christianity form a supra-denominational unity and oppose not each other but the new paganism, that is, the barbarism of the 19th century, was revealed most powerfully in the mirror of the soul and in the tormented body of Father Edward Duński. He first set out as a Resurrectionist to combat Mickiewicz’s heresy, and then became a kind of chaplain to Towiański.

Father Danish, a man of angelic goodness, was dying in terrible suffering from bone tuberculosis; he was „possessed by Christ.” Through his possession, he regained strength and discovered his forgotten ability to clearly see the Lord in rapture. In his tortured body, thanks to his imitation of Christ, an almost superhuman power blossomed.

Duński and Mickiewicz viewed the state of Christianity in the 19th century as a catastrophe. Both believed in the complete and inevitable victory of good, in the redemption of sins. And in the second coming, although Father Danish ultimately saw Adam as the heretic of heretics, believing that Mickiewicz had betrayed Towiański’s revelation.

Father Danish understood priesthood as Mickiewicz did. Professor at the Collège de France: in Paris, the capital of the world, he transformed himself into a mystagogue of new Dionysian mysteries, imbued with the spirit of early Christianity, in order to dance with the Savior.

It is in this sense that we should understand Mickiewicz’s critique of the „official Church.” The encyclical Cum Primum, condemning the November Uprising, made a very negative impression on Mickiewicz, as on many other Poles, but Mickiewicz ultimately viewed it as merely another manifestation of the decline of the „spirit of Christianity,” which must be reborn through a return to its own sources, after reaching „point zero,” where the New Testament emerged only from the Old Testament, and Israel remained the „elder brother” in the new faith. For Mickiewicz, the appearance of Christ signified a great revolution on an individual and cosmic scale. Without a ritual passage to the sources of faith, Europe will be flooded with a new paganism, which – rather unconsciously – the „official Church” spreads and supports.

For Mickiewicz, the „virtual” Church remained Peter’s rock, a source of light and strength. That’s why, in his Paris lectures, he attributed such great importance to Krasiński’s embarrassingly weak Legend, whose author repeated Schelling’s thesis about the end of the old Church and the advent of the age of St. John. In the Legend, the vault of St. Peter’s Basilica was propped up with sabers by Polish nobles above the Pope’s head, but it ultimately perished beneath the rubble along with the Vicar of St. Peter. Mickiewicz—in keeping with his habits, and with a sense of responsibility as a shaman or mystagogue, ensuring that the transfiguration of the ritual participants necessarily took place—improved the Legend in his lectures (also artistically) and stated that anyone seeking the Church of the future must make a pilgrimage to Rome, but not to hold up the dome with a saber: „Not earthly weapons nor the weapons of individuals will be able to save it, but the spirits of nations. The spirits of nations hold up this dome, threatened with collapse. They will pierce a hole in it for the heavenly light.”

To stop time—to open eternity: this was the goal of Mickiewicz the „theologian.” To find eternity in every moment of existence, because every moment is eternity, and eternity has no moments. To open eternity for a moment at the Collège de France. To fly above contradictions, „to leap over mountains, skipping over hills.” That’s why Mickiewicz’s lectures aroused hostility, outrage, and increasingly, terror.

Only now is it clear that Mickiewicz’s attempts to renew Christianity—that is, to renew poetry, that is, to create, not write, the sequels to Dziady—were unique in Europe. Jesus the poet spoke through the mouth of a poet who created poetry.

Zygmunt Krasiński, the most insightful and critical Polish mind of the 19th century, during the period of his dramatic encounters with Adam in Rome in 1848, wrote to Delfina Potocka: „I want saints standing in a row like soldiers led by sergeants, officers, colonels.” Saintly soldiers—a host of poets of the „new era” capable of moving mountains with words. This is the birth of a „superman,” infinitely strong in humility…

In the astonishing preface to the seventh Parisian edition of Pisma from 1844, signed by Aleksander Chodźko but certainly revised, if not written by Mickiewicz, we read: „Poetry, as it has been commonly understood until now, is now closed. Therefore, we consider this collection of poems by our great poet to be completely finished. It creates a distinct era in the poet’s life, in the life of Poland. What from then on lay in the intuition of their creator stands before him today in the full immensity of a colossus, its visible reality, ever since the poetry of words became embodied in the poetry of action.”

Active poetry is a renewed Christianity. It is presence. The presence of Jesus. Written poetry lost its value for Mickiewicz. True poetry – „active poetry” – arose differently. To some, Mickiewicz appeared as a prophet, to others as a madman, as a patriot or a traitor, an apostle or an apostate, a priest or a jester. Mickiewicz’s „attempts at wholeness” were accompanied by an atmosphere of delight or scandal, excitement or mockery, adoration or rejection, tragedy or farce, and sometimes it became both tragedy and farce.

Blow out the candle, His Royal Highness. Słowacki’s letter will not arrive. Dream in your armchair, dream of Poland. Adam’s God is hidden. Mickiewicz – emperor. There’s a difference between res gerere and res publica. Goodnight, Prince. Goodnight to you.

PS.

What I’ve outlined here are extensive excerpts from Mr. Krzysztof Rutkowski’s essay, which I have immodestly adopted. In this matter, I’ve retained Mr. Krzysztof’s authentic spelling of the 19th-century Polish language – because I believe in it, and you? Please pass it on. Krzysztof Rutkowski, What did Mickiewicz „do” at the Collège de France? In: Essays 7-8/2018. See https://archiwum.teatr-pismo.pl/6798-co-robil-mickiewicz-w-college. #Stanisław Barszczak

Bynajmniej odsłaniam Państwu po „Panu Tadeuszu” drugie niekłamane ‚dzieło sztuki’ największego wirtuoza słowa i myśli, jakiego wydała Polska, mianowicie jego prelekcje paryskie – cykl wykładów Adama Mickiewicza  na temat literatury słowiańskiej w Collège de France w Paryżu w latach 1840-1844 (cztery roczne kursy). 

Wykłady zostały spisane przez słuchaczy i wydane jeszcze za życia Mickiewicza. Przetłumaczono je na wiele języków. Mickiewicz redagował pierwsze wydania i opatrywał je przedmowami. Mickiewicz objął w Collège katedrę języków słowiańskich w 1840 roku. Jego wykłady cieszyły się sławą i popularnością głównie wśród Słowian i Francuzów. W roku 1841 Mickiewicz związał się z reprezentantem nurtu polskiego mesjanizmu – Andrzejem Towiańskim, co miało wpływ na treść prelekcji. Czteroletni kurs od połowy zaczął być mniej historią literatury, a bardziej propagandą mesjanizmu. Wywoływał ogromne kontrowersje. W 1844 roku władze francuskie zawiesiły Mickiewicza w czynnościach profesora z powodu politycznej wymowy wykładów (wychwalanie Napoleona) oraz propagowania towianizmu.

W wykładach Mickiewicz wygłosił autorską i bogatą historię kultury Słowian. Nie ograniczał się do historii literatury, ale mówił o historii filozofii, języka, religii czy historii politycznej. Skomentował ideę dramatu słowiańskiego. Przeprowadził wiele błyskotliwych analiz literackich. Jednocześnie głosił misję Słowian, szczególnie Polaków i Francuzów, co czyniło go przedstawicielem mesjanizmu polskiego. Uważał, że świat czeka rychła odmiana i powtórne zejście Chrystusa na Ziemię. Może ona dojść do skutku dzięki ofierze, jaką złożyli Polacy oraz ich cierpieniu. Krytykował Kościół katolicki za sprzeniewierzenie się zasadom chrześcijaństwa.

Wykłady paryskie zapoczątkowują nowy etap w biografii Mickiewicza – już nie poety, ale wykładowcy, działacza politycznego, publicysty, towiańczyka. Etap to mniej zbadany i omawiany, bo nie zaowocował arcydziełami literackimi, jednak z dzisiejszego punktu widzenia jest równie, a może nawet bardziej interesujący. Dla zrozumienia tego etapu skreśliłem niniejszy tekst, gdyż ukazuje bardzo istotny moment przeformułowywania Mickiewiczowskiego światopoglądu. To jest jakby przęsło pomiędzy jego ideologią romantyczną, mocno jeszcze zakorzenioną w tradycjach i obyczajach wieku XVIII, a zarysowującymi się już i dostrzeganymi przez poetę problemami ideologicznymi i społecznymi, które zdominują koniec wieku XIX i wiek XX.

Mistrz Adam będzie musiał oddać formę zewnętrzną słowa twórczego w języku francuskim, choć bardzo szybko słuchacze wykładów podjęli się polskiego przekładu prelekcji paryskich. Uznany poeta zaczął tak:

„Panowie. Te oznaki dobrego usposobienia dla mnie publiczności złożonej w części z moich współziomków, między którymi widzę wielu moich przyjaciół, są mi drogie – ale nie mylę się, co prawdziwie znaczą… będziemy musieli dać poznać i sądzić pomniki literatury, dzieła sztuki; a dać poznać, jest to dać uczuć ten zapał, który je utworzył…Wezwano mnie, żebym zabrał głos w imieniu literatury ludów… żebym zabrał głos w czasie głos, kiedy słowo jest potęgą i w mieście, które… jest stolicą słowa; nic przeto nie może mnie wstrzymywać.”

Mickiewicz pojawiał się w Collège de France jako mag i jako przewodnik misteriów. Wierzył, że jego „akcje fizyczne” we auli paryskiej uczelni służą transgresji: odsłaniają oryginał historii każdego narodu, Polakom i Francuzom w szczególności. Działania Mickiewicza w paryskiej uczelni, czyli jego lekcje o „literaturze słowiańskiej”, były próbą (poetycką, naukową, egzystencjalną) o konsekwencjach tajemniczych i arcyważnych. Adam Mickiewicz postanowił, że w auli paryskiej uczelni osiągnie trzy skromne cele: odnowi chrześcijaństwo, przemieni poezję w nowy, dramatyczny stan skupienia, to znaczy w prawdziwie chrześcijański sposób bycia, wszak Chrystus był poetą, a przy okazji wyzwoli Polskę, Francję i Europę z niewoli egoizmu. To był zamach Mickiewicza „na wszystkość” – czyniony całym sobą. 

Już Warron w natchnionej rozprawie o naturze języka łacińskiego spisał traktat o działaniu, błędzie i geście, który wzbogacił Arystotelesowy podział na poesis (robienie) i praxis (działanie) o „trzeci rodzaj czynienia” (tertium genus agendi), który nazwał słowem gerere. Możemy przecież – pisał Warron – coś robić (facere), ale nie grać (agere), jak na przykład poeta, który robi sztukę, ale jej nie gra (facit fabulam et non agit: agere znaczy również „grać”); przeciwnie – aktor (actor) gra (agit) w sztuce, ale jej nie robi. Zatem dramat jest zrobiony (fit) przez poetę, ale nie jest przezeń grany (agitur), a przez aktora jest grany, ale nie zrobiony. Ale za to imperator (urzędnik) obdarzony imperium, o którym powiada się, że podlega mu ono jako res gerere, ani nie robi, ani nie działa, ale gerit, to znaczy bierze coś na siebie i to podejmuje (sustinet), staje na urzędzie, wedle niektórych rękopisów: „unosi ciężar”, to znaczy mierzy się z całych sił z tym, co (czego) się podjął.

Czasownik gerere, z którego pozostało w dzisiejszej mowie słowo „gest” i jego pochodne, oznaczał (jeśli poprawnie interpretuję Warrona, podpierając się argumentacją Agambena) takie szczególne zachowanie, które obejmowało całego człowieka: jego mowę, ciało i emocje oraz wyznaczało szczególną postawę wobec tego, co czyni. Ten, kto gerit („podejmuje i niesie ciężar”), dokonuje gestu, którym stawia siebie samego na szalę, ryzykuje całym sobą. Ten gest jest aktem całkowitym. Ten, kto gerit, nie lęka się lęku.

Takie gesty wykonywał Mickiewicz w Collège de France, chociaż czasami wyglądały one „teatralnie”, a chwilami nawet „cyrkowo”. Wystarczyło wyjść z Łacinki i przejść na drugą stronę Sekwany, by wylądować w jakimś radosnym Cyrku Olimpijskim. To było widowsko. Widowisko obrzędowe, podczas którego mag uprawiał magię. I zamieniał się w myśliwego polującego na Słowo. Słowo stężone milczeniem. I polował na upiory, czyli mówiąc inaczej – obmyślał i ćwiczył sposoby na potrząsanie dusz wędrujących przez kanały poszczególnych wcieleń. Mickiewicz, który gerit. Mickiewicz imperator obarczony i obdarzony imperium. Nie dajmy się zwieść powierzchownym sensom tych wyrazów. 

Myślę o dwóch ostatnich cyklach wykładów Mickiewicza w Collège de France oraz o jego zachowaniach w Kole Sprawy Bożej, w papieskich antyszambrach, na posiedzeniach czcigodnych towarzystw, w salonie domowym i po salonach cudzych. O teatrze urządzanym w emigranckich kwaterach na Batigniolach lub po kościołach: w archikatedrze paryskiej lub w kościele Świętego Rocha. W tej kwestii historycy są zgodni. Niechętni Mickiewiczowi ziomkowie mówili o „hecy mistycznej”. Wolę mówić o res gerere. 

Czwarty (trzeci również) kurs literatury słowiańskiej w Collège de France przemienił się w coś więcej niż teatr romantyczny, rozgrywany w auli dramat. Szczególnie zgęstniały, kiedy aktor, i jednocześnie reżyser, mówił o dramacie, występując w roli uczonego profesora, wyrzucającego z siebie magiczne zaklęcia po francusku, z silnym akcentem kresowym. Mickiewicz uprawiał w Paryżu tertium genus agendi.

Adam dokonywał „rzeczy gestykularnych” coraz rzadziej, za to zyskiwały one na intensywności. Przypomnijmy, że w roku akademickim 1840/1841 Adam Mickiewicz stanął na katedrze 41 razy, w roku następnym 32 razy, w roku 1843/1844 – 25 razy, a w roku 1844 tylko 14 razy. Deczyzja ministra oświecenia publicznego o zawieszeniu wykładów i o udzieleniu Mickiewiczowi płatnego urlopu została przyjęta z ulgą przez emigrację oraz przez francuskich przyjaciół Mickiewicza, którzy myśleli, że Polak zwariował. Modły Makryny Mieczysławskiej zostały wysłuchane: „diabelskie widowisko” dobiegło – mówiąc „po Towiańskiemu” – kresy swojej. Skończyło się ono w Collège de France, ale Mickiewicz uprawiał je w innych miejscach: w swych kwaterach na Batigniolach: najpierw na rue d’Amsterdam, później na rue du Boulevard i na rue de la Santé.

Mickiewicz „generował” tertium genus agendi przekonany, że odprawia „pełen guślarstwa obrzęd świętokradzki”, który uchroni ludzi przed ich odczłowieczeniem, a świat cały przed nieuchronnie nadciągającą katastrofą. Mickiewicz wierzył, że bez res gerere nastąpi koniec świata, a Polska utraci ostatecznie szanse na zmartwywstanie. Adam budował to „coś”, co powinno wtajemniczać. Coś odsłaniać. Coś, co powinno pozwalać na godniejsze życie i dawać prawo do umierania własną śmiercią. Mickiewicz wierzył, że bez res gerere życie stałoby się nie do zniesienia. On wierzył, że bez jego „gestów” – aktów całkowitych – życie stałoby się całkiem nie do życia. Życie ludzkie stałoby się nie do życia, a życie człowieka-Polaka – to już nawet szkoda gadać.

Księża zmartwychwstańcy uznali go za heretyka. Niektóre pisma Adama trafiły na indeks. Po zasięgnięciu opinii u znanego teologa monachijskiego Görresa, xiądz Kajsiewicz zanotował: „Przecież to wszystko żydowszczyzna”. Owe „to wszystko” dotyczyło towiańszczyzny, to znaczy Mickiewicza, wszak pozostawał on z Kołem Sprawy Bożej najściślej związany. Źle mówię: on żył kołem, a koło stało się jego życiem. Ilu dawnych przyjaciół odwróciło się od Adama, gdy w czasach towianistycznych uniesień nie chciał wyprzeć się swojej wiary? Wiary w co? Gdzie był jego Bóg ukryty?

Słowacki w drugim i niewysłanym liście do Xięcia Czartoryskiego – a przecież wiemy, jak bardzo napięte i skomplikowane stosunki łączyły (a raczej dzieliły) obu poetów – ubolewał nad odsunięciem Mickiewicza z katedry w Collège de France i wstawiał się za nim, prosząc Xięcia o interwencję:

Filozofowie francuscy (z ducha poganie) – litowali się nad ludźmi – i o głupotę oskarżali tych – którzy krew swoją i żywoty nieśli w obronie jednostki – słowa jednego w niezrozumianej i niepotrzebnej niby tajemnicy – ale opieka Boża nad ludzkością sprawiła, że instynkt ludów mocniejszy był nad zimną rozwagę rozumu – a doniósł nam w katolickim kościele dogmat cały – przez Chrystusa zostawiony – krwią drogą tyle razy wykupiony u barbarzyńców… Dziś rozbłysnął nareszcie i pokazał prawdę prawd – na której wszelkie prawdy mają być wybudowane na nowo. – My, Polacy, po raz drugi od Boga mamy najwyższą syntezę świata duchowego…

Niechże więc Wasza Xiążęca Mość się nie dziwi – że mały jakiś pisarz – Domu Bożego strzegący – chce od francuskich form oczy W.X. Mości odwrócić – a zarazem chce w polskim jego duchu Polaka prawdziwego obudzić […]. Wielka moc i wielki ogień rodzi się w duchu przez miłość prawdziwą rozbudzonym – powietrze niby jakieś pełne dla natchnienia pokarmu. – Duch Święty piorunuje ludzi przez spokojne usta takiego człowieka – wszystkie duchy jemu oddają siły swoje – i w nim pracując radosne są, bo wiedzą, że dla ojczyzny pracują.A Wasza Xiążęca Mość co?

O Słowackim nie sposób powiedzieć, że nie był artystą ambitnym, więc skoro tak zajadle bronił Mickiewicza, to najwidoczniej z przyczyny arcyważnej, którą nazwał w kolejnym fragmencie listu:

Świadkiem jest zatamowane wolne słowo na katedrze paryskiej – iż Wasza Xiążęca Mość lekko traktujesz uszczerbek, który się dzieje w trudno rodzącej się polskiej idei… nie uważając na tę olimpijską stronę nowej Iliady wieków… która w tem jedynie zgrzeszyła, iż zanadto w duchowe krainy uniosła chleb, który Pan Bóg dla świata udzielił… Wszakże to pierwszy raz po tylu wiekach Sorbona  – od Danta jeszcze głucha i nie rodząca – pierwszy raz, mówię, twórcze theologiczne słowo usłyszała… Polak mówił… 

„Twórcze słowo theologiczne” po raz pierwszy od wielu stuleci, dzięki Polakowi – dla Polaków, dla Franuzów, dla wszystkich chrześcijan. Mickiewicz objawił się Słowackiemu „theologiem”, a właściwie – Adamem Odnowicielem: ducha chrześcijaństwa. W Paryżu, w latach czterdziestych XIX wieku, w Collège de France, działo się coś na miarę epoki. Spełniała się duchowa rewolucja lub, jak powiedziałby Słowacki – „rewolucja z ducha”. Dlatego Juliusz chciał prosić Xięcia o zdecydowaną interwencję. Nie poprosił, ale czuł, że coś się święci. Co?

Mickiewicz pojawiał się w Collège de France jako mag i jako przewodnik misteriów – mistagog. Przewodnik odgrywa rolę poważniejszą niż Guślarz podczas święta dziadów na wiejskim cmentarzu: on wiedzie ku przemianie wszystkich na sali obecnych i sam dokonuje transfiguracji w chwili, kiedy wypowiada słowa święte i natchnione, wprowadziwszy się przedtem w odpowiedni stan duchowego uniesienia. Mickiewicz wierzył, że jego „akcje fizyczne” służą w auli paryskiej uczelni transgresji: odsłaniają oryginał historii każdego narodu, Polakom i Francuzom w szczególności, ponieważ, jako zaciekły krytyk linearnego postępu, wierzył w konieczność powrotu do matrycy wszelkich zdarzeń na zasadzie wiecznego powrotu, bowiem to, co kiedykolwiek wydarzyło się w dziejach, już było. Mickiewicz twierdził, że: „Historia symboliczna jest pierwowzorem wszystkich epok następnych; w każdej z nich się powtarza, lubo na coraz szerszą, coraz wyższą miarę”. Mickiewicz wziął na siebie (sustinet) ciężar, którego – jako imperator Słowa – nie mógł nie podjąć.

Res gerere Mickiewicza w Collège de France, szczególnie w ostatnim okresie, przypomina misteria pogańskie, ale odprawiane w duchu pierwszych chrześcijan, które koncentrują się na odkupieńczej ofierze Chrystusa, bardzo różniąc się od nauki trzech pierwszych Ewangelii, nie bez powodu najbliższy sercu Mickiewicza był św. Jan Ewangelista. Zbawienie dokonuje się przez złączenie się wiernego z Panem. W ten sposób rodzi się nowy człowiek ukształtowany na podobieństwo samego Chrystusa. „Przyoblec się w nowego człowieka” i „przyoblec się w Chrystusa” są to wyrażenia jednoznaczne. Odkupiony chrześcijanin żyje „w Chrystusie”. Życie w Chrystusie powinno się rozpocząć w tamtej auli, w Collège de France. Mickiewicz głęboko wierzył w natychmiastową przemianę.

Adamowy zapał, by dotrzeć do „stopnia zero wiary”, powrócić – w gigantycznym trudzie mistyka – do miejsca, w którym judaizm i chrześcijaństwo tworzą ponadwyznaniową jednię i przeciwstawiają się nie sobie nawzajem, lecz nowemu pogaństwu, czyli barbarzyństwu XIX wieku, ujawnił się najmocniej w zwierciadle duszy i w udręczonym ciele xiędza Edwarda Duńskiego. On pierwszy wyruszył jako zmartwychwstaniec, by walczyć z Mickiewiczową herezją, a potem stał się kimś w rodzaju kapelana Towiańskiego.

Xiądz Duński, człowiek anielskiej dobroci, umierał w strasznych cierpieniach na gruźlicę kości, był „opętany Chrystusem”. Dzięki opętaniu odzyskiwał siły i odkrywał zapomnianą zdolność jasnego widzenia Pana w zachwyceniu. W jego umęczonym ciele, dzięki naśladowaniu Chrystusa, rozkwitała moc prawie nadludzka.

Stan chrześcijaństwa w XIX stuleciu Duński i Mickiewicz postrzegali jako katastrofę. Obaj wierzyli w całkowite i nieuniknione zwycięstwo dobra, w odkupienie grzechów. I w paruzję, choć xiądz Duński ujrzał w końcu w Adamie kacerza kacerzy, ponieważ sądził, że Mickiewicz zdradził objawienie Towiańskiego.

Xiądz Duński pojmował kapłaństwo jak Mickiewicz rolę profesora w Collège de France: przemienił się w Paryżu, stolicy świata, w mistagoga nowych misteriów dionizyjskich przesyconych duchem pierwotnego chrześcijaństwa, by zatańczyć ze Zbawicielem.

W tym sensie pojmować wypada Mickiewiczową krytykę „Kościoła urzędowego”. Encyklika Cum primum potępiająca powstanie listopadowe wywarła na Mickiewiczu, podobnie jak na wielu innych Polakach, bardzo złe wrażenie, ale Mickiewicz uznał ją w końcu tylko za kolejny przejaw upadku „ducha chrześcijaństwa”, który musi się odrodzić dzięki powrotowi do własnych źródeł, po dotarciu do „punktu zero”, w którym Nowy Testament wyłaniał się dopiero ze Starego Testamentu, a Izrael pozostawał „starszym bratem” w nowej wierze. Dla Mickiewicza pojawienie się Chrystusa oznaczało wielką rewolucję w skali indywidualnej i kosmicznej. Bez rytualnego pasażu ku źródłom wiary Europę zaleje nowe pogaństwo, które – raczej bezwiednie – „Kościół urzędowy” szerzy i wspiera.

Kościół „wirtualny” pozostawał dla Mickiewicza opoką Piotrową, źródłem światła i siły. Dlatego tak wielkie znaczenie przypisał w prelekcjach paryskich żenująco słabej Legendzie Krasińskiego, której autor powtarzał Schellingiańską tezę o końcu starego Kościoła i nadejściu epoki św. Jana. Sklepienie Bazyliki św. Piotra podpierała w Legendzie szablami polska szlachta nad głową papieża, ale w końcu zginęła pod gruzami wraz z Namiestnikiem Piotrowym. Mickiewicz – zgodnie ze swymi przyzwyczajeniami, w poczuciu odpowiedzialności szamana lub mistagoga, dbającego, by transfiguracja uczestników obrzędu koniecznie nastąpiła – Legendę w prelekcjach ulepszył (również pod względem artystycznym) i stwierdził, że każdy, kto szuka Kościoła przyszłości, do Rzymu pielgrzymować musi, ale nie po to, by szablą podtrzymywać kopułę: „Nie oręż ziemski ani oręż jednostek zdoła ją ocalić, ale duchy narodów. Duchy narodów podtrzymują tę kopułę, zagrożoną runięciem. Przebiją w niej otwór dla światła niebieskiego”.

Zatrzymać czas – otworzyć wieczność: taki był cel Mickiewicza – „theologa”. Odnaleźć wieczność w każdej chwili istnienia, bo każda chwila jest wiecznością, a wieczność nie ma chwil. Otworzyć wieczność na chwilę w Collège de France. Przelatywać ponad sprzecznościami, „skakać po górach, przeskakując pagórki”. Dlatego prelekcje Mickiewicza budziły niechęć, zgorszenie, coraz częściej – grozę.

Dopiero teraz widać, że Mickiewiczowe próby odnowienia chrześcijaństwa, to znaczy odnowienia poezji, to znaczy – uczynienia, a nie napisania dalszych części Dziadów – były wydarzeniem wyjątkowym w skali europejskiej. Jezus-poeta mówił ustami poety poezję czyniącego.

Zygmunt Krasiński, najbardziej przenikliwy i najbardziej krytyczny polski umysł XIX wieku, w okresie dramatycznych spotkań z Adamem w Rzymie w roku 1848, pisał do Delfiny Potockiej: „Chce świętych w szeregu stojących na kształt sołdatów kierowanych przez sierżantów, oficerów, pułkowników”. Święci sołdaci – to zastęp poetów „nowej epoki” zdolnych słowem góry przenosić. Oto narodziny „nadczłowieka”, nieskończenie silnego pokorą…

W zadziwiającej przedmowie do siódmego paryskiego wydania Pism z roku 1844, z sygnaturą Aleksandra Chodźki, ale z pewnością poprawionej, jeśli wręcz przez Mickiewicza nie napisanej, czytamy: Poezja jak ją dotychczas pojmowano powszechnie, dzisiaj już zamknięta. Dlatego niniejszy zbiór poezji wielkiego wieszcza naszego uważamy za zupełnie skończony. Tworzy on osobną epokę w życiu poety, w życiu Polski. To, co odtąd leżało w przeczuciu ich twórcy, stoi dziś przed nim w całym ogromie kolosu, widomej rzeczywistości swojej, odkąd poezja słowo wcieliła się w poezję czyn.

Poezja czynna jest odnowionym chrześcijaństwem. Jest obecnością. Obecnością Jezusa. Poezja pisana utraciła dla Mickiewicza wartość. Prawdziwa poezja – „poezja czynna” – powstawała inaczej. Jednym Mickiewicz objawił się wtedy jako prorok, innym – jako wariat, jako patriota albo jako zdrajca, apostoł albo apostata, kapłan albo błazen. Mickiewiczowym „próbom całości” towarzyszyła atmosfera zachwytu lub skandalu, ekscytacji lub drwiny, uwielbienia lub odtrącenia, tragedii lub farsy, a czasami stawała się i tragedią, i farsą.

Zdmuchnij świecę, Mości Xiążę. List Słowackiego nie nadejdzie. Śnij w fotelu, pomarz o Polsce. Bóg Adama ukryty. Mickiewicz – imperator. Między res gerere i res publica – różnica. Dobranoc, Xiążę. Dobranoc Państwu.

PS. 

Co tutaj zarysowałem, to są obszerne fragmenty eseju Pana Krzysztofa Rutkowskiego, jakie ja sobie nieskromnie przejąłem, w tej sprawie  za Panem Krzysztofem pozostawiłem autentyczną pisownię języka polskiego z XIX stulecia – bo ja w to wierzę, a Państwo? przekażcie dalej. Krzysztof Rutkowski, Co „robił” Mickiewicz w Collège de France? W: Eseje 7-8/2018. Por. https://archiwum.teatr-pismo.pl/6798-co-robil-mickiewicz-w-collegeStanisław Barszczak, Prelekcje paryskie – cykl wykładów Adama Mickiewicza  na temat literatury słowiańskiej w Collège de France w Paryżu w latach 1840-1844

Bynajmniej odsłaniam Państwu po „Panu Tadeuszu” drugie niekłamane ‚dzieło sztuki’ największego wirtuoza słowa i myśli, jakiego wydała Polska, mianowicie jego prelekcje paryskie – cykl wykładów Adama Mickiewicza  na temat literatury słowiańskiej w Collège de France w Paryżu w latach 1840-1844 (cztery roczne kursy). 

Wykłady zostały spisane przez słuchaczy i wydane jeszcze za życia Mickiewicza. Przetłumaczono je na wiele języków. Mickiewicz redagował pierwsze wydania i opatrywał je przedmowami. Mickiewicz objął w Collège katedrę języków słowiańskich w 1840 roku. Jego wykłady cieszyły się sławą i popularnością głównie wśród Słowian i Francuzów. W roku 1841 Mickiewicz związał się z reprezentantem nurtu polskiego mesjanizmu – Andrzejem Towiańskim, co miało wpływ na treść prelekcji. Czteroletni kurs od połowy zaczął być mniej historią literatury, a bardziej propagandą mesjanizmu. Wywoływał ogromne kontrowersje. W 1844 roku władze francuskie zawiesiły Mickiewicza w czynnościach profesora z powodu politycznej wymowy wykładów (wychwalanie Napoleona) oraz propagowania towianizmu.

W wykładach Mickiewicz wygłosił autorską i bogatą historię kultury Słowian. Nie ograniczał się do historii literatury, ale mówił o historii filozofii, języka, religii czy historii politycznej. Skomentował ideę dramatu słowiańskiego. Przeprowadził wiele błyskotliwych analiz literackich. Jednocześnie głosił misję Słowian, szczególnie Polaków i Francuzów, co czyniło go przedstawicielem mesjanizmu polskiego. Uważał, że świat czeka rychła odmiana i powtórne zejście Chrystusa na Ziemię. Może ona dojść do skutku dzięki ofierze, jaką złożyli Polacy oraz ich cierpieniu. Krytykował Kościół katolicki za sprzeniewierzenie się zasadom chrześcijaństwa.

Wykłady paryskie zapoczątkowują nowy etap w biografii Mickiewicza – już nie poety, ale wykładowcy, działacza politycznego, publicysty, towiańczyka. Etap to mniej zbadany i omawiany, bo nie zaowocował arcydziełami literackimi, jednak z dzisiejszego punktu widzenia jest równie, a może nawet bardziej interesujący. Dla zrozumienia tego etapu skreśliłem niniejszy tekst, gdyż ukazuje bardzo istotny moment przeformułowywania Mickiewiczowskiego światopoglądu. To jest jakby przęsło pomiędzy jego ideologią romantyczną, mocno jeszcze zakorzenioną w tradycjach i obyczajach wieku XVIII, a zarysowującymi się już i dostrzeganymi przez poetę problemami ideologicznymi i społecznymi, które zdominują koniec wieku XIX i wiek XX.

Mistrz Adam będzie musiał oddać formę zewnętrzną słowa twórczego w języku francuskim, choć bardzo szybko słuchacze wykładów podjęli się polskiego przekładu prelekcji paryskich. Uznany poeta zaczął tak:

„Panowie. Te oznaki dobrego usposobienia dla mnie publiczności złożonej w części z moich współziomków, między którymi widzę wielu moich przyjaciół, są mi drogie – ale nie mylę się, co prawdziwie znaczą… będziemy musieli dać poznać i sądzić pomniki literatury, dzieła sztuki; a dać poznać, jest to dać uczuć ten zapał, który je utworzył…Wezwano mnie, żebym zabrał głos w imieniu literatury ludów… żebym zabrał głos w czasie głos, kiedy słowo jest potęgą i w mieście, które… jest stolicą słowa; nic przeto nie może mnie wstrzymywać.”

Mickiewicz pojawiał się w Collège de France jako mag i jako przewodnik misteriów. Wierzył, że jego „akcje fizyczne” we auli paryskiej uczelni służą transgresji: odsłaniają oryginał historii każdego narodu, Polakom i Francuzom w szczególności. Działania Mickiewicza w paryskiej uczelni, czyli jego lekcje o „literaturze słowiańskiej”, były próbą (poetycką, naukową, egzystencjalną) o konsekwencjach tajemniczych i arcyważnych. Adam Mickiewicz postanowił, że w auli paryskiej uczelni osiągnie trzy skromne cele: odnowi chrześcijaństwo, przemieni poezję w nowy, dramatyczny stan skupienia, to znaczy w prawdziwie chrześcijański sposób bycia, wszak Chrystus był poetą, a przy okazji wyzwoli Polskę, Francję i Europę z niewoli egoizmu. To był zamach Mickiewicza „na wszystkość” – czyniony całym sobą. 

Już Warron w natchnionej rozprawie o naturze języka łacińskiego spisał traktat o działaniu, błędzie i geście, który wzbogacił Arystotelesowy podział na poesis (robienie) i praxis (działanie) o „trzeci rodzaj czynienia” (tertium genus agendi), który nazwał słowem gerere. Możemy przecież – pisał Warron – coś robić (facere), ale nie grać (agere), jak na przykład poeta, który robi sztukę, ale jej nie gra (facit fabulam et non agit: agere znaczy również „grać”); przeciwnie – aktor (actor) gra (agit) w sztuce, ale jej nie robi. Zatem dramat jest zrobiony (fit) przez poetę, ale nie jest przezeń grany (agitur), a przez aktora jest grany, ale nie zrobiony. Ale za to imperator (urzędnik) obdarzony imperium, o którym powiada się, że podlega mu ono jako res gerere, ani nie robi, ani nie działa, ale gerit, to znaczy bierze coś na siebie i to podejmuje (sustinet), staje na urzędzie, wedle niektórych rękopisów: „unosi ciężar”, to znaczy mierzy się z całych sił z tym, co (czego) się podjął.

Czasownik gerere, z którego pozostało w dzisiejszej mowie słowo „gest” i jego pochodne, oznaczał (jeśli poprawnie interpretuję Warrona, podpierając się argumentacją Agambena) takie szczególne zachowanie, które obejmowało całego człowieka: jego mowę, ciało i emocje oraz wyznaczało szczególną postawę wobec tego, co czyni. Ten, kto gerit („podejmuje i niesie ciężar”), dokonuje gestu, którym stawia siebie samego na szalę, ryzykuje całym sobą. Ten gest jest aktem całkowitym. Ten, kto gerit, nie lęka się lęku.

Takie gesty wykonywał Mickiewicz w Collège de France, chociaż czasami wyglądały one „teatralnie”, a chwilami nawet „cyrkowo”. Wystarczyło wyjść z Łacinki i przejść na drugą stronę Sekwany, by wylądować w jakimś radosnym Cyrku Olimpijskim. To było widowsko. Widowisko obrzędowe, podczas którego mag uprawiał magię. I zamieniał się w myśliwego polującego na Słowo. Słowo stężone milczeniem. I polował na upiory, czyli mówiąc inaczej – obmyślał i ćwiczył sposoby na potrząsanie dusz wędrujących przez kanały poszczególnych wcieleń. Mickiewicz, który gerit. Mickiewicz imperator obarczony i obdarzony imperium. Nie dajmy się zwieść powierzchownym sensom tych wyrazów. 

Myślę o dwóch ostatnich cyklach wykładów Mickiewicza w Collège de France oraz o jego zachowaniach w Kole Sprawy Bożej, w papieskich antyszambrach, na posiedzeniach czcigodnych towarzystw, w salonie domowym i po salonach cudzych. O teatrze urządzanym w emigranckich kwaterach na Batigniolach lub po kościołach: w archikatedrze paryskiej lub w kościele Świętego Rocha. W tej kwestii historycy są zgodni. Niechętni Mickiewiczowi ziomkowie mówili o „hecy mistycznej”. Wolę mówić o res gerere. 

Czwarty (trzeci również) kurs literatury słowiańskiej w Collège de France przemienił się w coś więcej niż teatr romantyczny, rozgrywany w auli dramat. Szczególnie zgęstniały, kiedy aktor, i jednocześnie reżyser, mówił o dramacie, występując w roli uczonego profesora, wyrzucającego z siebie magiczne zaklęcia po francusku, z silnym akcentem kresowym. Mickiewicz uprawiał w Paryżu tertium genus agendi.

Adam dokonywał „rzeczy gestykularnych” coraz rzadziej, za to zyskiwały one na intensywności. Przypomnijmy, że w roku akademickim 1840/1841 Adam Mickiewicz stanął na katedrze 41 razy, w roku następnym 32 razy, w roku 1843/1844 – 25 razy, a w roku 1844 tylko 14 razy. Deczyzja ministra oświecenia publicznego o zawieszeniu wykładów i o udzieleniu Mickiewiczowi płatnego urlopu została przyjęta z ulgą przez emigrację oraz przez francuskich przyjaciół Mickiewicza, którzy myśleli, że Polak zwariował. Modły Makryny Mieczysławskiej zostały wysłuchane: „diabelskie widowisko” dobiegło – mówiąc „po Towiańskiemu” – kresy swojej. Skończyło się ono w Collège de France, ale Mickiewicz uprawiał je w innych miejscach: w swych kwaterach na Batigniolach: najpierw na rue d’Amsterdam, później na rue du Boulevard i na rue de la Santé.

Mickiewicz „generował” tertium genus agendi przekonany, że odprawia „pełen guślarstwa obrzęd świętokradzki”, który uchroni ludzi przed ich odczłowieczeniem, a świat cały przed nieuchronnie nadciągającą katastrofą. Mickiewicz wierzył, że bez res gerere nastąpi koniec świata, a Polska utraci ostatecznie szanse na zmartwywstanie. Adam budował to „coś”, co powinno wtajemniczać. Coś odsłaniać. Coś, co powinno pozwalać na godniejsze życie i dawać prawo do umierania własną śmiercią. Mickiewicz wierzył, że bez res gerere życie stałoby się nie do zniesienia. On wierzył, że bez jego „gestów” – aktów całkowitych – życie stałoby się całkiem nie do życia. Życie ludzkie stałoby się nie do życia, a życie człowieka-Polaka – to już nawet szkoda gadać.

Księża zmartwychwstańcy uznali go za heretyka. Niektóre pisma Adama trafiły na indeks. Po zasięgnięciu opinii u znanego teologa monachijskiego Görresa, xiądz Kajsiewicz zanotował: „Przecież to wszystko żydowszczyzna”. Owe „to wszystko” dotyczyło towiańszczyzny, to znaczy Mickiewicza, wszak pozostawał on z Kołem Sprawy Bożej najściślej związany. Źle mówię: on żył kołem, a koło stało się jego życiem. Ilu dawnych przyjaciół odwróciło się od Adama, gdy w czasach towianistycznych uniesień nie chciał wyprzeć się swojej wiary? Wiary w co? Gdzie był jego Bóg ukryty?

Słowacki w drugim i niewysłanym liście do Xięcia Czartoryskiego – a przecież wiemy, jak bardzo napięte i skomplikowane stosunki łączyły (a raczej dzieliły) obu poetów – ubolewał nad odsunięciem Mickiewicza z katedry w Collège de France i wstawiał się za nim, prosząc Xięcia o interwencję:

Filozofowie francuscy (z ducha poganie) – litowali się nad ludźmi – i o głupotę oskarżali tych – którzy krew swoją i żywoty nieśli w obronie jednostki – słowa jednego w niezrozumianej i niepotrzebnej niby tajemnicy – ale opieka Boża nad ludzkością sprawiła, że instynkt ludów mocniejszy był nad zimną rozwagę rozumu – a doniósł nam w katolickim kościele dogmat cały – przez Chrystusa zostawiony – krwią drogą tyle razy wykupiony u barbarzyńców… Dziś rozbłysnął nareszcie i pokazał prawdę prawd – na której wszelkie prawdy mają być wybudowane na nowo. – My, Polacy, po raz drugi od Boga mamy najwyższą syntezę świata duchowego…

Niechże więc Wasza Xiążęca Mość się nie dziwi – że mały jakiś pisarz – Domu Bożego strzegący – chce od francuskich form oczy W.X. Mości odwrócić – a zarazem chce w polskim jego duchu Polaka prawdziwego obudzić […]. Wielka moc i wielki ogień rodzi się w duchu przez miłość prawdziwą rozbudzonym – powietrze niby jakieś pełne dla natchnienia pokarmu. – Duch Święty piorunuje ludzi przez spokojne usta takiego człowieka – wszystkie duchy jemu oddają siły swoje – i w nim pracując radosne są, bo wiedzą, że dla ojczyzny pracują.A Wasza Xiążęca Mość co?

O Słowackim nie sposób powiedzieć, że nie był artystą ambitnym, więc skoro tak zajadle bronił Mickiewicza, to najwidoczniej z przyczyny arcyważnej, którą nazwał w kolejnym fragmencie listu:

Świadkiem jest zatamowane wolne słowo na katedrze paryskiej – iż Wasza Xiążęca Mość lekko traktujesz uszczerbek, który się dzieje w trudno rodzącej się polskiej idei… nie uważając na tę olimpijską stronę nowej Iliady wieków… która w tem jedynie zgrzeszyła, iż zanadto w duchowe krainy uniosła chleb, który Pan Bóg dla świata udzielił… Wszakże to pierwszy raz po tylu wiekach Sorbona  – od Danta jeszcze głucha i nie rodząca – pierwszy raz, mówię, twórcze theologiczne słowo usłyszała… Polak mówił… 

„Twórcze słowo theologiczne” po raz pierwszy od wielu stuleci, dzięki Polakowi – dla Polaków, dla Franuzów, dla wszystkich chrześcijan. Mickiewicz objawił się Słowackiemu „theologiem”, a właściwie – Adamem Odnowicielem: ducha chrześcijaństwa. W Paryżu, w latach czterdziestych XIX wieku, w Collège de France, działo się coś na miarę epoki. Spełniała się duchowa rewolucja lub, jak powiedziałby Słowacki – „rewolucja z ducha”. Dlatego Juliusz chciał prosić Xięcia o zdecydowaną interwencję. Nie poprosił, ale czuł, że coś się święci. Co?

Mickiewicz pojawiał się w Collège de France jako mag i jako przewodnik misteriów – mistagog. Przewodnik odgrywa rolę poważniejszą niż Guślarz podczas święta dziadów na wiejskim cmentarzu: on wiedzie ku przemianie wszystkich na sali obecnych i sam dokonuje transfiguracji w chwili, kiedy wypowiada słowa święte i natchnione, wprowadziwszy się przedtem w odpowiedni stan duchowego uniesienia. Mickiewicz wierzył, że jego „akcje fizyczne” służą w auli paryskiej uczelni transgresji: odsłaniają oryginał historii każdego narodu, Polakom i Francuzom w szczególności, ponieważ, jako zaciekły krytyk linearnego postępu, wierzył w konieczność powrotu do matrycy wszelkich zdarzeń na zasadzie wiecznego powrotu, bowiem to, co kiedykolwiek wydarzyło się w dziejach, już było. Mickiewicz twierdził, że: „Historia symboliczna jest pierwowzorem wszystkich epok następnych; w każdej z nich się powtarza, lubo na coraz szerszą, coraz wyższą miarę”. Mickiewicz wziął na siebie (sustinet) ciężar, którego – jako imperator Słowa – nie mógł nie podjąć.

Res gerere Mickiewicza w Collège de France, szczególnie w ostatnim okresie, przypomina misteria pogańskie, ale odprawiane w duchu pierwszych chrześcijan, które koncentrują się na odkupieńczej ofierze Chrystusa, bardzo różniąc się od nauki trzech pierwszych Ewangelii, nie bez powodu najbliższy sercu Mickiewicza był św. Jan Ewangelista. Zbawienie dokonuje się przez złączenie się wiernego z Panem. W ten sposób rodzi się nowy człowiek ukształtowany na podobieństwo samego Chrystusa. „Przyoblec się w nowego człowieka” i „przyoblec się w Chrystusa” są to wyrażenia jednoznaczne. Odkupiony chrześcijanin żyje „w Chrystusie”. Życie w Chrystusie powinno się rozpocząć w tamtej auli, w Collège de France. Mickiewicz głęboko wierzył w natychmiastową przemianę.

Adamowy zapał, by dotrzeć do „stopnia zero wiary”, powrócić – w gigantycznym trudzie mistyka – do miejsca, w którym judaizm i chrześcijaństwo tworzą ponadwyznaniową jednię i przeciwstawiają się nie sobie nawzajem, lecz nowemu pogaństwu, czyli barbarzyństwu XIX wieku, ujawnił się najmocniej w zwierciadle duszy i w udręczonym ciele xiędza Edwarda Duńskiego. On pierwszy wyruszył jako zmartwychwstaniec, by walczyć z Mickiewiczową herezją, a potem stał się kimś w rodzaju kapelana Towiańskiego.

Xiądz Duński, człowiek anielskiej dobroci, umierał w strasznych cierpieniach na gruźlicę kości, był „opętany Chrystusem”. Dzięki opętaniu odzyskiwał siły i odkrywał zapomnianą zdolność jasnego widzenia Pana w zachwyceniu. W jego umęczonym ciele, dzięki naśladowaniu Chrystusa, rozkwitała moc prawie nadludzka.

Stan chrześcijaństwa w XIX stuleciu Duński i Mickiewicz postrzegali jako katastrofę. Obaj wierzyli w całkowite i nieuniknione zwycięstwo dobra, w odkupienie grzechów. I w paruzję, choć xiądz Duński ujrzał w końcu w Adamie kacerza kacerzy, ponieważ sądził, że Mickiewicz zdradził objawienie Towiańskiego.

Xiądz Duński pojmował kapłaństwo jak Mickiewicz rolę profesora w Collège de France: przemienił się w Paryżu, stolicy świata, w mistagoga nowych misteriów dionizyjskich przesyconych duchem pierwotnego chrześcijaństwa, by zatańczyć ze Zbawicielem.

W tym sensie pojmować wypada Mickiewiczową krytykę „Kościoła urzędowego”. Encyklika Cum primum potępiająca powstanie listopadowe wywarła na Mickiewiczu, podobnie jak na wielu innych Polakach, bardzo złe wrażenie, ale Mickiewicz uznał ją w końcu tylko za kolejny przejaw upadku „ducha chrześcijaństwa”, który musi się odrodzić dzięki powrotowi do własnych źródeł, po dotarciu do „punktu zero”, w którym Nowy Testament wyłaniał się dopiero ze Starego Testamentu, a Izrael pozostawał „starszym bratem” w nowej wierze. Dla Mickiewicza pojawienie się Chrystusa oznaczało wielką rewolucję w skali indywidualnej i kosmicznej. Bez rytualnego pasażu ku źródłom wiary Europę zaleje nowe pogaństwo, które – raczej bezwiednie – „Kościół urzędowy” szerzy i wspiera.

Kościół „wirtualny” pozostawał dla Mickiewicza opoką Piotrową, źródłem światła i siły. Dlatego tak wielkie znaczenie przypisał w prelekcjach paryskich żenująco słabej Legendzie Krasińskiego, której autor powtarzał Schellingiańską tezę o końcu starego Kościoła i nadejściu epoki św. Jana. Sklepienie Bazyliki św. Piotra podpierała w Legendzie szablami polska szlachta nad głową papieża, ale w końcu zginęła pod gruzami wraz z Namiestnikiem Piotrowym. Mickiewicz – zgodnie ze swymi przyzwyczajeniami, w poczuciu odpowiedzialności szamana lub mistagoga, dbającego, by transfiguracja uczestników obrzędu koniecznie nastąpiła – Legendę w prelekcjach ulepszył (również pod względem artystycznym) i stwierdził, że każdy, kto szuka Kościoła przyszłości, do Rzymu pielgrzymować musi, ale nie po to, by szablą podtrzymywać kopułę: „Nie oręż ziemski ani oręż jednostek zdoła ją ocalić, ale duchy narodów. Duchy narodów podtrzymują tę kopułę, zagrożoną runięciem. Przebiją w niej otwór dla światła niebieskiego”.

Zatrzymać czas – otworzyć wieczność: taki był cel Mickiewicza – „theologa”. Odnaleźć wieczność w każdej chwili istnienia, bo każda chwila jest wiecznością, a wieczność nie ma chwil. Otworzyć wieczność na chwilę w Collège de France. Przelatywać ponad sprzecznościami, „skakać po górach, przeskakując pagórki”. Dlatego prelekcje Mickiewicza budziły niechęć, zgorszenie, coraz częściej – grozę.

Dopiero teraz widać, że Mickiewiczowe próby odnowienia chrześcijaństwa, to znaczy odnowienia poezji, to znaczy – uczynienia, a nie napisania dalszych części Dziadów – były wydarzeniem wyjątkowym w skali europejskiej. Jezus-poeta mówił ustami poety poezję czyniącego.

Zygmunt Krasiński, najbardziej przenikliwy i najbardziej krytyczny polski umysł XIX wieku, w okresie dramatycznych spotkań z Adamem w Rzymie w roku 1848, pisał do Delfiny Potockiej: „Chce świętych w szeregu stojących na kształt sołdatów kierowanych przez sierżantów, oficerów, pułkowników”. Święci sołdaci – to zastęp poetów „nowej epoki” zdolnych słowem góry przenosić. Oto narodziny „nadczłowieka”, nieskończenie silnego pokorą…

W zadziwiającej przedmowie do siódmego paryskiego wydania Pism z roku 1844, z sygnaturą Aleksandra Chodźki, ale z pewnością poprawionej, jeśli wręcz przez Mickiewicza nie napisanej, czytamy: Poezja jak ją dotychczas pojmowano powszechnie, dzisiaj już zamknięta. Dlatego niniejszy zbiór poezji wielkiego wieszcza naszego uważamy za zupełnie skończony. Tworzy on osobną epokę w życiu poety, w życiu Polski. To, co odtąd leżało w przeczuciu ich twórcy, stoi dziś przed nim w całym ogromie kolosu, widomej rzeczywistości swojej, odkąd poezja słowo wcieliła się w poezję czyn.

Poezja czynna jest odnowionym chrześcijaństwem. Jest obecnością. Obecnością Jezusa. Poezja pisana utraciła dla Mickiewicza wartość. Prawdziwa poezja – „poezja czynna” – powstawała inaczej. Jednym Mickiewicz objawił się wtedy jako prorok, innym – jako wariat, jako patriota albo jako zdrajca, apostoł albo apostata, kapłan albo błazen. Mickiewiczowym „próbom całości” towarzyszyła atmosfera zachwytu lub skandalu, ekscytacji lub drwiny, uwielbienia lub odtrącenia, tragedii lub farsy, a czasami stawała się i tragedią, i farsą.

Zdmuchnij świecę, Mości Xiążę. List Słowackiego nie nadejdzie. Śnij w fotelu, pomarz o Polsce. Bóg Adama ukryty. Mickiewicz – imperator. Między res gerere i res publica – różnica. Dobranoc, Xiążę. Dobranoc Państwu.

PS. 

Co tutaj zarysowałem, to są obszerne fragmenty eseju Pana Krzysztofa Rutkowskiego, jakie ja sobie nieskromnie przejąłem, w tej sprawie  za Panem Krzysztofem pozostawiłem autentyczną pisownię języka polskiego z XIX stulecia – bo ja w to wierzę, a Państwo? przekażcie dalej. Krzysztof Rutkowski, Co „robił” Mickiewicz w Collège de France? W: Eseje 7-8/2018. Por. https://archiwum.teatr-pismo.pl/6798-co-robil-mickiewicz-w-college-de-france/ #Stanisław Barszczak.

 Odnowicielem: ducha chrześcijaństwa. W Paryżu, w latach czterdziestych XIX wieku, w Collège de France, działo się coś na miarę epoki. Spełniała się duchowa rewolucja lub, jak powiedziałby Słowacki – „rewolucja z ducha”. Dlatego Juliusz chciał prosić Xięcia o zdecydowaną interwencję. Nie poprosił, ale czuł, że coś się święci. Co?

Mickiewicz pojawiał się w Collège de France jako mag i jako przewodnik misteriów – mistagog. Przewodnik odgrywa rolę poważniejszą niż Guślarz podczas święta dziadów na wiejskim cmentarzu: on wiedzie ku przemianie wszystkich na sali obecnych i sam dokonuje transfiguracji w chwili, kiedy wypowiada słowa święte i natchnione, wprowadziwszy się przedtem w odpowiedni stan duchowego uniesienia. Mickiewicz wierzył, że jego „akcje fizyczne” służą w auli paryskiej uczelni transgresji: odsłaniają oryginał historii każdego narodu, Polakom i Francuzom w szczególności, ponieważ, jako zaciekły krytyk linearnego postępu, wierzył w konieczność powrotu do matrycy wszelkich zdarzeń na zasadzie wiecznego powrotu, bowiem to, co kiedykolwiek wydarzyło się w dziejach, już było. Mickiewicz twierdził, że: „Historia symboliczna jest pierwowzorem wszystkich epok następnych; w każdej z nich się powtarza, lubo na coraz szerszą, coraz wyższą miarę”. Mickiewicz wziął na siebie (sustinet) ciężar, którego – jako imperator Słowa – nie mógł nie podjąć.

Res gerere Mickiewicza w Collège de France, szczególnie w ostatnim okresie, przypomina misteria pogańskie, ale odprawiane w duchu pierwszych chrześcijan, które koncentrują się na odkupieńczej ofierze Chrystusa, bardzo różniąc się od nauki trzech pierwszych Ewangelii, nie bez powodu najbliższy sercu Mickiewicza był św. Jan Ewangelista. Zbawienie dokonuje się przez złączenie się wiernego z Panem. W ten sposób rodzi się nowy człowiek ukształtowany na podobieństwo samego Chrystusa. „Przyoblec się w nowego człowieka” i „przyoblec się w Chrystusa” są to wyrażenia jednoznaczne. Odkupiony chrześcijanin żyje „w Chrystusie”. Życie w Chrystusie powinno się rozpocząć w tamtej auli, w Collège de France. Mickiewicz głęboko wierzył w natychmiastową przemianę.

Adamowy zapał, by dotrzeć do „stopnia zero wiary”, powrócić – w gigantycznym trudzie mistyka – do miejsca, w którym judaizm i chrześcijaństwo tworzą ponadwyznaniową jednię i przeciwstawiają się nie sobie nawzajem, lecz nowemu pogaństwu, czyli barbarzyństwu XIX wieku, ujawnił się najmocniej w zwierciadle duszy i w udręczonym ciele xiędza Edwarda Duńskiego. On pierwszy wyruszył jako zmartwychwstaniec, by walczyć z Mickiewiczową herezją, a potem stał się kimś w rodzaju kapelana Towiańskiego.

Xiądz Duński, człowiek anielskiej dobroci, umierał w strasznych cierpieniach na gruźlicę kości, był „opętany Chrystusem”. Dzięki opętaniu odzyskiwał siły i odkrywał zapomnianą zdolność jasnego widzenia Pana w zachwyceniu. W jego umęczonym ciele, dzięki naśladowaniu Chrystusa, rozkwitała moc prawie nadludzka.

Stan chrześcijaństwa w XIX stuleciu Duński i Mickiewicz postrzegali jako katastrofę. Obaj wierzyli w całkowite i nieuniknione zwycięstwo dobra, w odkupienie grzechów. I w paruzję, choć xiądz Duński ujrzał w końcu w Adamie kacerza kacerzy, ponieważ sądził, że Mickiewicz zdradził objawienie Towiańskiego.

Xiądz Duński pojmował kapłaństwo jak Mickiewicz rolę profesora w Collège de France: przemienił się w Paryżu, stolicy świata, w mistagoga nowych misteriów dionizyjskich przesyconych duchem pierwotnego chrześcijaństwa, by zatańczyć ze Zbawicielem.

W tym sensie pojmować wypada Mickiewiczową krytykę „Kościoła urzędowego”. Encyklika Cum primum potępiająca powstanie listopadowe wywarła na Mickiewiczu, podobnie jak na wielu innych Polakach, bardzo złe wrażenie, ale Mickiewicz uznał ją w końcu tylko za kolejny przejaw upadku „ducha chrześcijaństwa”, który musi się odrodzić dzięki powrotowi do własnych źródeł, po dotarciu do „punktu zero”, w którym Nowy Testament wyłaniał się dopiero ze Starego Testamentu, a Izrael pozostawał „starszym bratem” w nowej wierze. Dla Mickiewicza pojawienie się Chrystusa oznaczało wielką rewolucję w skali indywidualnej i kosmicznej. Bez rytualnego pasażu ku źródłom wiary Europę zaleje nowe pogaństwo, które – raczej bezwiednie – „Kościół urzędowy” szerzy i wspiera.

Kościół „wirtualny” pozostawał dla Mickiewicza opoką Piotrową, źródłem światła i siły. Dlatego tak wielkie znaczenie przypisał w prelekcjach paryskich żenująco słabej Legendzie Krasińskiego, której autor powtarzał Schellingiańską tezę o końcu starego Kościoła i nadejściu epoki św. Jana. Sklepienie Bazyliki św. Piotra podpierała w Legendzie szablami polska szlachta nad głową papieża, ale w końcu zginęła pod gruzami wraz z Namiestnikiem Piotrowym. Mickiewicz – zgodnie ze swymi przyzwyczajeniami, w poczuciu odpowiedzialności szamana lub mistagoga, dbającego, by transfiguracja uczestników obrzędu koniecznie nastąpiła – Legendę w prelekcjach ulepszył (również pod względem artystycznym) i stwierdził, że każdy, kto szuka Kościoła przyszłości, do Rzymu pielgrzymować musi, ale nie po to, by szablą podtrzymywać kopułę: „Nie oręż ziemski ani oręż jednostek zdoła ją ocalić, ale duchy narodów. Duchy narodów podtrzymują tę kopułę, zagrożoną runięciem. Przebiją w niej otwór dla światła niebieskiego”.

Zatrzymać czas – otworzyć wieczność: taki był cel Mickiewicza – „theologa”. Odnaleźć wieczność w każdej chwili istnienia, bo każda chwila jest wiecznością, a wieczność nie ma chwil. Otworzyć wieczność na chwilę w Collège de France. Przelatywać ponad sprzecznościami, „skakać po górach, przeskakując pagórki”. Dlatego prelekcje Mickiewicza budziły niechęć, zgorszenie, coraz częściej – grozę.

Dopiero teraz widać, że Mickiewiczowe próby odnowienia chrześcijaństwa, to znaczy odnowienia poezji, to znaczy – uczynienia, a nie napisania dalszych części Dziadów – były wydarzeniem wyjątkowym w skali europejskiej. Jezus-poeta mówił ustami poety poezję czyniącego.

Zygmunt Krasiński, najbardziej przenikliwy i najbardziej krytyczny polski umysł XIX wieku, w okresie dramatycznych spotkań z Adamem w Rzymie w roku 1848, pisał do Delfiny Potockiej: „Chce świętych w szeregu stojących na kształt sołdatów kierowanych przez sierżantów, oficerów, pułkowników”. Święci sołdaci – to zastęp poetów „nowej epoki” zdolnych słowem góry przenosić. Oto narodziny „nadczłowieka”, nieskończenie silnego pokorą…

W zadziwiającej przedmowie do siódmego paryskiego wydania Pism z roku 1844, z sygnaturą Aleksandra Chodźki, ale z pewnością poprawionej, jeśli wręcz przez Mickiewicza nie napisanej, czytamy: Poezja jak ją dotychczas pojmowano powszechnie, dzisiaj już zamknięta. Dlatego niniejszy zbiór poezji wielkiego wieszcza naszego uważamy za zupełnie skończony. Tworzy on osobną epokę w życiu poety, w życiu Polski. To, co odtąd leżało w przeczuciu ich twórcy, stoi dziś przed nim w całym ogromie kolosu, widomej rzeczywistości swojej, odkąd poezja słowo wcieliła się w poezję czyn.

Poezja czynna jest odnowionym chrześcijaństwem. Jest obecnością. Obecnością Jezusa. Poezja pisana utraciła dla Mickiewicza wartość. Prawdziwa poezja – „poezja czynna” – powstawała inaczej. Jednym Mickiewicz objawił się wtedy jako prorok, innym – jako wariat, jako patriota albo jako zdrajca, apostoł albo apostata, kapłan albo błazen. Mickiewiczowym „próbom całości” towarzyszyła atmosfera zachwytu lub skandalu, ekscytacji lub drwiny, uwielbienia lub odtrącenia, tragedii lub farsy, a czasami stawała się i tragedią, i farsą.

Zdmuchnij świecę, Mości Xiążę. List Słowackiego nie nadejdzie. Śnij w fotelu, pomarz o Polsce. Bóg Adama ukryty. Mickiewicz – imperator. Między res gerere i res publica – różnica. Dobranoc, Xiążę. Dobranoc Państwu.

PS. 

Co tutaj zarysowałem, to są obszerne fragmenty eseju Pana Krzysztofa Rutkowskiego, jakie ja sobie nieskromnie przejąłem, w tej sprawie  za Panem Krzysztofem pozostawiłem autentyczną pisownię języka polskiego z XIX stulecia – bo ja w to wierzę, a Państwo? przekażcie dalej. Krzysztof Rutkowski, Co „robił” Mickiewicz w Collège de France? W: Eseje 7-8/2018. Por. https://archiwum.teatr-pismo.pl/6798-co-robil-mickiewicz-w-college-de-france/ #Stanisław Barszczak.

______

Stanisław Barszczak, Paris Lectures – a series of lectures by Adam Mickiewicz on Slavic literature at the Collège de France in Paris from 1840 to 1844

After „Pan Tadeusz,” I present to you the second genuine ‚work of art’ by the greatest virtuoso of word and thought to have been produced in Poland: his Paris Lectures – a series of lectures by Adam Mickiewicz on Slavic literature at the Collège de France in Paris from 1840 to 1844 (four one-year courses).

The lectures were transcribed by the audience and published during Mickiewicz’s lifetime. They were translated into many languages. Mickiewicz edited the first editions and provided prefaces. Mickiewicz took over the chair of Slavic languages at the Collège in 1840. His lectures enjoyed fame and popularity, primarily among Slavs and the French. In 1841, Mickiewicz became associated with Andrzej Towiański, a representative of Polish messianism, which influenced the content of his lectures. From the middle of the course, the four-year course became less about literary history and more about messianic propaganda. It sparked enormous controversy. In 1844, the French authorities suspended Mickiewicz from his professorial duties due to the political overtones of his lectures (praising Napoleon) and his promotion of Towiańskiism.

In his lectures, Mickiewicz presented his own and rich history of Slavic culture. He did not limit himself to literary history, but also addressed the history of philosophy, language, religion, and political history. He commented on the concept of Slavic drama and conducted many brilliant literary analyses. At the same time, he proclaimed the mission of the Slavs, particularly the Poles and the French, making him a representative of Polish messianism. He believed that the world was about to experience a swift transformation and the return of Christ to Earth. This could be achieved through the sacrifice made by the Poles and their suffering. He criticized the Catholic Church for betraying the principles of Christianity.

The Paris lectures ushered in a new phase in Mickiewicz’s biography—no longer as a poet, but as a lecturer, political activist, publicist, and Towianist. This phase has been less researched and discussed, as it did not produce literary masterpieces, but from today’s perspective, it is equally, or perhaps even more, interesting. To understand this phase, I have removed this text, as it reveals a crucial moment in the reformulation of Mickiewicz’s worldview. It is a bridge between his Romantic ideology, still deeply rooted in the traditions and customs of the 18th century, and the emerging ideological and social problems, already perceived by the poet, that would dominate the late 19th and 20th centuries.

Master Adam will have to render the external form of his creative words in French, although the audience of the lectures quickly undertook a Polish translation of the Paris lectures. The renowned poet began:

„Gentlemen. These signs of goodwill from an audience composed in part of my countrymen, among whom I see many friends, are dear to me—but I am not mistaken in their true meaning… we will have to make known and judge monuments of literature, works of art; and to make known is to make felt the zeal that created them… I have been called to speak out on behalf of the literature of the peoples… to speak out at a time when words are powerful and in a city that… is the capital of words; therefore, nothing can hold me back.”

Mickiewicz appeared at the Collège de France as a magician and as a guide of mysteries. He believed that his „physical actions” in the lecture hall of the Parisian university served a transgressive purpose: they revealed the original history of each nation, to Poles and Frenchmen in particular. Mickiewicz’s activities at the Parisian university, namely his lessons on „Slavic literature,” were an attempt (poetic, scientific, existential) with mysterious and crucial consequences. Adam Mickiewicz decided that in the lecture hall of the Parisian university he would achieve three modest goals: to renew Christianity, to transform poetry into a new, dramatic state of concentration—that is, into a truly Christian way of being, after all, Christ was a poet—and, in the process, to liberate Poland, France, and Europe from the slavery of egoism. This was Mickiewicz’s attack „on everything”—one he committed with his entire being.

In his inspired treatise on the nature of the Latin language, Varro had already written a treatise on action, error, and gesture, which enriched Aristotle’s division between poesis (doing) and praxis (action) with a „third kind of doing” (tertium genus agendi), which he called gerere. We can, Varro wrote, do something (facere) but not act (agere), as for example a poet who makes a play but does not act it (facit fabulam et non agit: agere also means „to play”); on the contrary, an actor acts (agit) in a play but does not act it. Thus, the drama is made (fit) by the poet but is not acted by him (agitur), and is acted by the actor but not acted. But an emperor (official) endowed with an empire, of whom it is said that it is subject to him as res gerere, neither does nor acts, but gerit, that is, takes something upon himself and undertakes (sustinet), he takes office, according to some manuscripts: „he bears the burden,” that is, he faces with all his strength what he has undertaken.

The verb gerere, from which the word „gesture” and its derivatives remain in today’s speech, denoted (if I interpret Varro correctly, supported by Agamben’s argument) a specific behavior that encompassed the whole person: their speech, body, and emotions, and designated a particular attitude toward what they do. One who gerit („takes up and carries the burden”) makes a gesture that puts themselves at risk, risks their whole being. This gesture is a total act. One who gerit is not afraid of fear.

Mickiewicz performed such gestures at the Collège de France, although they sometimes looked „theatrical,” and at times even „circus-like.” One only had to leave the Latin School and cross the Seine to find oneself in some joyful Olympic Circus. It was a spectacle. A ritual spectacle, during which the magician performed magic. And he transformed himself into a hunter hunting the Word. The Word condensed in silence. And he hunted ghosts, or, in other words, he devised and practiced ways to shake the souls wandering through the channels of individual incarnations. Mickiewicz, who gerit. Mickiewicz, emperor burdened and endowed with empire. Let us not be deceived by the superficial meanings of these words.

I am thinking of Mickiewicz’s last two lecture series at the Collège de France and of his behavior in the Circle of the Divine Cause, in papal anti-chambers, at meetings of venerable societies, in his home salon, and in the salons of others. About the theater organized in the émigré quarters in Batignolle or in churches: in the Parisian Archcathedral or in the Church of Saint Roch. Historians agree on this point. Mickiewicz’s reluctant compatriots spoke of „mystical playfulness.” I prefer to speak of res gerere.

The fourth (and third) Slavic literature course at the Collège de France transformed into something more than Romantic theater, a drama performed in the auditorium. It became particularly intense when the actor, who was also the director, spoke about the drama, playing the role of a learned professor, uttering magical incantations in French with a strong borderland accent. Mickiewicz cultivated the tertium genus agendi in Paris.

Adam performed „gestural things” less and less frequently, but they grew in intensity. Let us recall that in the 1840/1841 academic year, Adam Mickiewicz stood in the chair 41 times, the following year 32 times, in 1843/1844 – 25 times, and in 1844 only 14 times. The Minister of Public Enlightenment’s decision to suspend lectures and grant Mickiewicz paid leave was greeted with relief by the émigré community and by Mickiewicz’s French friends, who thought the Pole had gone mad. Makryna Mieczysławska’s prayers were answered: the „devilish spectacle” had – to use Towiański’s terms – reached its end. It ended at the Collège de France, but Mickiewicz continued it elsewhere: in his quarters in the Batignols, first on the rue d’Amsterdam, then on the rue du Boulevard and then on the rue de la Santé. Mickiewicz „generated” the tertium genus agendi, convinced that he was performing a „sacrilegious, witchcraft-filled rite” that would protect people from dehumanization and the entire world from the inevitably approaching catastrophe. Mickiewicz believed that without res gerere, the world would end, and Poland would ultimately lose its chance of resurrection. Adam was building that „something” that should initiate. Reveal something. Something that should allow for a more dignified life and grant the right to die one’s own death. Mickiewicz believed that without res gerere, life would become unbearable. He believed that without his „gestures”—total acts—life would become utterly unlivable. Human life would become unlivable, and the life of a Polish person—that’s not even worth talking about.

The Resurrection priests considered him a heretic. Some of Adam’s writings were placed on the index. After consulting the renowned Munich theologian Görres, Father Kajsiewicz noted: „But it’s all Jewish.” This „all” referred to Towianism, meaning Mickiewicz, who remained most closely associated with the Circle of the Divine Cause. I’m wrong: he lived the Circle, and the Circle became his life. How many former friends turned away from Adam when, in the days of Towianist ecstasy, he refused to renounce his faith? Faith in what? Where was his God hidden? In his second, unsent letter to Prince Czartoryski—and we know how tense and complicated the relationship between the two poets was—Słowacki lamented Mickiewicz’s dismissal from his chair at the College de France and interceded on his behalf, asking the Prince to intervene:

French philosophers (pagans in spirit)—pitied people—and accused those of stupidity—who shed their blood and lives in defense of an individual—the words of one in a seemingly incomprehensible and unnecessary mystery—but God’s protection for humanity made the instinct of the peoples stronger than the cold deliberation of reason—and he reported to us in the Catholic Church whole dogmatic by Christ, redeemed so many times from the barbarians with precious blood… Today, it finally shone forth and showed the truth of truths – on which all truths are to be built anew. – We, Poles, for the second time have from God the highest synthesis of the spiritual world…

So let Your Royal Highness not be surprised that some small writer – guarding the House of God – wants to avert Your Royal Highness’s eyes from French forms – and at the same time wants to awaken the true Pole in his Polish spirit […]. Great power and great fire are born in a spirit awakened by true love – the air as if full of nourishment for inspiration. – The Holy Spirit thunders people through the calm lips of such a person – all spirits devote their strength to him – and in him, working, they are joyful, because they know they are working for the homeland. And Your Royal Highness, what?

It’s impossible to say that Słowacki wasn’t an ambitious artist, so if he defended Mickiewicz so fiercely, it was clearly for an extremely important reason, which he named in the next section of the letter:

The suppression of free speech in the Parisian cathedral is a witness – that Your Royal Highness treats lightly the damage that is happening to the slowly emerging Polish idea… disregarding this Olympian aspect of the new Iliad of the ages… which sinned only in carrying too far into spiritual realms the bread that God has given to the world… After all, this is the first time in so many centuries that the Sorbonne – still deaf and unborn since Dante – has heard, I say, a creative theological word… A Pole spoke…

„A creative theological word” for the first time in many centuries, thanks to a Pole – for Poles, for the French, for all Christians. Mickiewicz revealed himself to Słowacki as a „theologian,” or rather, Adam the Restorer: the spirit of Christianity. In Paris, in the 1840s, at the Collège de France, something of the era was happening. A spiritual revolution was taking place, or, as Słowacki would say, a „revolution of the spirit.” Therefore, Juliusz wanted to ask the Prince for decisive intervention. He didn’t ask, but he sensed that something was afoot. What?

Mickiewicz appeared at the Collège de France as a magician and as a guide to the mysteries—a mystagogue. The guide plays a more serious role than the Sorcerer during the Forefathers’ Eve celebration in the village cemetery: he leads everyone present toward transformation and himself transfigures himself at the moment he utters holy and inspired words, having first brought himself into the appropriate state of spiritual ecstasy. Mickiewicz believed that his „physical actions” served a transgressive purpose in the lecture hall of the Parisian university: they revealed the original history of every nation, especially to the Poles and the French. As a fierce critic of linear progress, he believed in the necessity of returning to the matrix of all events on the principle of eternal recurrence, for everything that ever happened in history had already happened. Mickiewicz claimed that: „Symbolic history is the prototype of all subsequent eras; in each of them it repeats itself, albeit on an ever broader, ever higher scale.” Mickiewicz took upon himself (sustinet) a burden that—as the emperor of the Word—he could not fail to undertake.

Mickiewicz’s res gerere at the Collège de France, especially in his final period, resembles pagan mysteries, but performed in the spirit of early Christians, which focus on the redemptive sacrifice of Christ, differing greatly from the teachings of the first three Gospels. It is not without reason that St. John the Evangelist was closest to Mickiewicz’s heart. Salvation is achieved through the faithful’s union with the Lord. In this way, a new man is born, shaped in the likeness of Christ himself. „Put on the new man” and „put on Christ” are synonymous expressions. The redeemed Christian lives „in Christ.” Life in Christ should begin in that hall, at the Collège de France. Mickiewicz deeply believed in instantaneous transformation.

Adam’s zeal to reach the „zero degree of faith,” to return—through the gigantic labor of a mystic—to the place where Judaism and Christianity form a supra-denominational unity and oppose not each other but the new paganism, that is, the barbarism of the 19th century, was revealed most powerfully in the mirror of the soul and in the tormented body of Father Edward Duński. He first set out as a Resurrectionist to combat Mickiewicz’s heresy, and then became a kind of chaplain to Towiański.

Father Danish, a man of angelic goodness, was dying in terrible suffering from bone tuberculosis; he was „possessed by Christ.” Through his possession, he regained strength and discovered his forgotten ability to clearly see the Lord in rapture. In his tortured body, thanks to his imitation of Christ, an almost superhuman power blossomed.

Duński and Mickiewicz viewed the state of Christianity in the 19th century as a catastrophe. Both believed in the complete and inevitable victory of good, in the redemption of sins. And in the second coming, although Father Danish ultimately saw Adam as the heretic of heretics, believing that Mickiewicz had betrayed Towiański’s revelation.

Father Danish understood priesthood as Mickiewicz did. Professor at the Collège de France: in Paris, the capital of the world, he transformed himself into a mystagogue of new Dionysian mysteries, imbued with the spirit of early Christianity, in order to dance with the Savior.

It is in this sense that we should understand Mickiewicz’s critique of the „official Church.” The encyclical Cum Primum, condemning the November Uprising, made a very negative impression on Mickiewicz, as on many other Poles, but Mickiewicz ultimately viewed it as merely another manifestation of the decline of the „spirit of Christianity,” which must be reborn through a return to its own sources, after reaching „point zero,” where the New Testament emerged only from the Old Testament, and Israel remained the „elder brother” in the new faith. For Mickiewicz, the appearance of Christ signified a great revolution on an individual and cosmic scale. Without a ritual passage to the sources of faith, Europe will be flooded with a new paganism, which – rather unconsciously – the „official Church” spreads and supports.

For Mickiewicz, the „virtual” Church remained Peter’s rock, a source of light and strength. That’s why, in his Paris lectures, he attributed such great importance to Krasiński’s embarrassingly weak Legend, whose author repeated Schelling’s thesis about the end of the old Church and the advent of the age of St. John. In the Legend, the vault of St. Peter’s Basilica was propped up with sabers by Polish nobles above the Pope’s head, but it ultimately perished beneath the rubble along with the Vicar of St. Peter. Mickiewicz—in keeping with his habits, and with a sense of responsibility as a shaman or mystagogue, ensuring that the transfiguration of the ritual participants necessarily took place—improved the Legend in his lectures (also artistically) and stated that anyone seeking the Church of the future must make a pilgrimage to Rome, but not to hold up the dome with a saber: „Not earthly weapons nor the weapons of individuals will be able to save it, but the spirits of nations. The spirits of nations hold up this dome, threatened with collapse. They will pierce a hole in it for the heavenly light.”

To stop time—to open eternity: this was the goal of Mickiewicz the „theologian.” To find eternity in every moment of existence, because every moment is eternity, and eternity has no moments. To open eternity for a moment at the Collège de France. To fly above contradictions, „to leap over mountains, skipping over hills.” That’s why Mickiewicz’s lectures aroused hostility, outrage, and increasingly, terror.

Only now is it clear that Mickiewicz’s attempts to renew Christianity—that is, to renew poetry, that is, to create, not write, the sequels to Dziady—were unique in Europe. Jesus the poet spoke through the mouth of a poet who created poetry.

Zygmunt Krasiński, the most insightful and critical Polish mind of the 19th century, during the period of his dramatic encounters with Adam in Rome in 1848, wrote to Delfina Potocka: „I want saints standing in a row like soldiers led by sergeants, officers, colonels.” Saintly soldiers—a host of poets of the „new era” capable of moving mountains with words. This is the birth of a „superman,” infinitely strong in humility…

In the astonishing preface to the seventh Parisian edition of Pisma from 1844, signed by Aleksander Chodźko but certainly revised, if not written by Mickiewicz, we read: „Poetry, as it has been commonly understood until now, is now closed. Therefore, we consider this collection of poems by our great poet to be completely finished. It creates a distinct era in the poet’s life, in the life of Poland. What from then on lay in the intuition of their creator stands before him today in the full immensity of a colossus, its visible reality, ever since the poetry of words became embodied in the poetry of action.”

Active poetry is a renewed Christianity. It is presence. The presence of Jesus. Written poetry lost its value for Mickiewicz. True poetry – „active poetry” – arose differently. To some, Mickiewicz appeared as a prophet, to others as a madman, as a patriot or a traitor, an apostle or an apostate, a priest or a jester. Mickiewicz’s „attempts at wholeness” were accompanied by an atmosphere of delight or scandal, excitement or mockery, adoration or rejection, tragedy or farce, and sometimes it became both tragedy and farce.

Blow out the candle, His Royal Highness. Słowacki’s letter will not arrive. Dream in your armchair, dream of Poland. Adam’s God is hidden. Mickiewicz – emperor. There’s a difference between res gerere and res publica. Goodnight, Prince. Goodnight to you.

PS.

What I’ve outlined here are extensive excerpts from Mr. Krzysztof Rutkowski’s essay, which I have immodestly adopted. In this matter, I’ve retained Mr. Krzysztof’s authentic spelling of the 19th-century Polish language – because I believe in it, and you? Please pass it on. Krzysztof Rutkowski, What did Mickiewicz „do” at the Collège de France? In: Essays 7-8/2018. See https://archiwum.teatr-pismo.pl/6798-co-robil-mickiewicz-w-college. #Stanisław Barszczak

_____

Stanisław Barszczak, DIEU VEILLE SUR NOUS COMME SUR LA PRUNELLE DE SON ŒIL

Combien y a-t-il de religions dans le monde ? Il n’en existe essentiellement que deux : la fausse religion, qui enseigne que l’on peut être sauvé en faisant de bonnes actions, en allant à l’église, en priant beaucoup ou en méditant. 

La vraie religion, qui vous enseigne à reconnaître vos péchés et à croire en Jésus, qui a obtenu votre salut sur la croix et qui veut maintenant vous le donner gratuitement, même si vous ne le méritez pas. Ceci est clairement énoncé dans les Saintes Écritures.

« Cet homme fait bon accueil aux pécheurs, et il mange avec eux ! » Dans la bouche des scribes et des Pharisiens, c’est un reproche ; au contraire, pour l’évangéliste et pour nous-mêmes, comme pour Paul dans la lettre à Timothée (notre deuxième lecture), c’est, bien sûr, un sujet d’émerveillement ! Pourquoi ? Parce que nous n’aurions pas l’audace, ni les uns ni les autres, de nous compter parmi les quatre-vingt-dix-neuf justes de la première parabole. 

Chacun de nous est ce pécheur invité à donner de la joie au ciel par sa conversion. Entendons-nous bien : le mot « conversion » ne signifie pas changement de religion, mais un changement de direction, un véritable demi-tour : nous tournions le dos à Dieu, et nous nous retournons vers lui. Eh bien, nous pouvons nous dire que chaque fois que nous avons pris la décision de faire demi-tour, nous avons donné de la joie au ciel.

La joie est bien la tonalité majeure de ces trois paraboles : la joie de Dieu s’entend. Une fois encore, on est dans la droite ligne de l’Ancien Testament ; là où nous entendions Sophonie parler de « l’exultation» de Dieu : « Le SEIGNEUR ton Dieu est en toi… Il aura en toi sa joie et son allégresse, il te renouvellera par son amour ; il exultera pour toi et se réjouira, comme aux jours de fête. » (So 3,17-18). 

Pourquoi une telle joie quand nous prenons le chemin de la réconciliation ? Parce que Dieu tient à nous comme à la prunelle de ses yeux. Et l’expression n’est pas trop forte, elle aussi nous vient tout droit de l’Ancien Testament, plus précisément du livre du Deutéronome : « Le SEIGNEUR trouve son peuple au pays du désert… Il l’entoure, il l’élève, il le garde comme la prunelle de son oeil. » (Dt 32,10).

Il veille, en effet, au point de partir lui-même à la recherche de la brebis perdue, car il sait bien qu’elle ne reviendra pas toute seule ; il veille au point de mettre la maison sens dessus dessous pour retrouver la pièce ; et s’il ne part pas lui-même à la recherche du prodigue, c’est pour respecter sa liberté ; mais il veille, là encore, au point d’attendre sur le pas de la porte l’ingrat qui est parti au loin et de l’accueillir par une fête sans s’interroger sur les véritables sentiments de son fils : car on peut quand même se demander si la contrition du garçon est vraiment parfaite ? Et, plus tard, il supplie le fils aîné parce que, pour lui, la fête n’est pas complète s’il en manque un.

Dernière remarque : Jésus fait appel à notre expérience : ‘Lequel d’entre vous n’irait pas chercher sa brebis perdue…?’ 

Nous avons tendance à exagérer, à imaginer ou à anticiper la tristesse… Ce faisant, nous nous plaçons dans un état mental disproportionné par rapport à la situation dans laquelle nous nous trouvons… Nous perdons le sens du présent et embellissons l’avenir avec nos peurs et nos incertitudes.

Nous souffrons plus souvent dans notre imagination que dans la réalité. Alors réfléchissez-y, frères et sœurs.

Ceux qui ne savent pas qu’ils ne savent pas sont des FOUS, évitez-les.

Ceux qui ne savent pas,

mais savent qu’ils ne savent pas,

sont SIMPLES, instruisez-les.

Ceux qui savent,

mais ne savent pas qu’ils savent,

sont des DORMEURS, réveillez-les.

Ceux qui savent et savent qu’ils savent,

sont SAGES, suivez leur exemple.

Jésus fait appel à notre expérience. Ce qui veut dire que, quelque part, nous lui ressemblons, ce qui n’est pas étonnant. Ne peut-on pas en déduire que chaque fois que nous avons fait la fête pour l’enfant qui revient, chaque fois que nous avons pardonné à l’ami, à l’époux, à l’épouse, (à l’ennemi aussi !), chaque fois que nous avons remué ciel et terre pour essayer d’empêcher quelqu’un de sombrer, physiquement ou moralement, nous avons ressemblé à Dieu ; nous avons été son image : ce qui est, après tout, notre vocation, n’est-il pas vrai ?          


_______

Stanisław Barszczak, BÓG TROSZCZY SIĘ O NAS JAK O ŹRENICĘ SWOJEGO OKA

Ile religii istnieje na świecie? W zasadzie są tylko dwie: religia fałszywa, która naucza, że ​​można zostać zbawionym poprzez dobre uczynki, chodzenie do kościoła, częstą modlitwę lub medytację.

Religia prawdziwa, która uczy rozpoznawania swoich grzechów i wiary w Jezusa, który dokonał naszego zbawienia na krzyżu, a teraz chce nam je dać darmo, nawet jeśli na nie nie zasługujemy. Jest to wyraźnie powiedziane w Piśmie Świętym.

„Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi!”. W ustach uczonych w Piśmie i faryzeuszy jest to nagana; wręcz przeciwnie dla Ewangelisty i dla nas, podobnie dla Pawła w Liście do Tymoteusza (nasze drugie czytanie), jest to oczywiście powód do zdumienia! Dlaczego? Ponieważ żaden z nas nie odważyłby się zaliczyć do dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych z pierwszej przypowieści.

Każdy z nas jest tym grzesznikiem zaproszonym do niesienia radości do nieba poprzez nasze nawrócenie. Powiedzmy sobie jasno: słowo „nawrócenie” nie oznacza zmiany religii, ale zmianę kierunku, prawdziwy zwrot o 180 stopni: odwróciliśmy się od Boga i teraz zwróciliśmy się do Niego. Cóż, możemy powiedzieć, że za każdym razem, gdy podjęliśmy decyzję o nawróceniu, sprowadziliśmy radość do nieba.

Radość jest rzeczywiście głównym tematem tych trzech przypowieści: słychać radość Boga. Po raz kolejny jesteśmy w bezpośredniej zgodzie ze Starym Testamentem, gdzie słyszeliśmy Sofoniasza mówiącego o „radości” Boga: „Pan, twój Bóg, jest w tobie… On się raduje i weseli w tobie, i odnawia cię swoją miłością, będzie się radował i weselił nad tobą, jak w święto…” (So 3,17-18).

Skąd ta radość, gdy podążamy drogą pojednania? Ponieważ Bóg troszczy się o nas jak o źrenicę swojego oka. I to wyrażenie nie jest zbyt mocne, jakolwiek również pochodzi wprost ze Starego Testamentu, a dokładniej z Księgi Powtórzonego Prawa: „Pan znajduje swój lud na pustyni… Otacza go, powołuje, strzeże jak źrenicy oka” (Pwt 32,10).

Czuwa, sam wychodzi szukać zaginionej owcy, bo dobrze wie, że sama nie wróci; czuwa, wręcz przewraca dom do góry nogami, żeby znaleźć drachmę; a jeśli sam nie wychodzi szukać syna marnotrawnego, to z szacunku dla swojej wolności. Ale jest czujny, nawet czeka na progu na niewdzięcznego człowieka, który odszedł daleko, i wita go z radością, nie pytając o prawdziwe uczucia syna. Można by się bowiem zastanawiać, czy skrucha chłopca jest rzeczywiście doskonała. A później błaga starszego syna (o radość z uczty), bo dla niego radość nie jest pełna, jeśli brakuje choćby jednego…

Na koniec uwaga: Jezus odwołuje się do naszego doświadczenia: „Któż z was nie poszedłby szukać zaginionej owcy…?”

Mamy tendencję do wyolbrzymiania, wyobrażania sobie lub przewidywania smutku… W ten sposób wprowadzamy się w stan umysłu niewspółmierny do sytuacji, w której się znajdujemy… Tracimy poczucie teraźniejszości i upiększamy przyszłość naszymi lękami i niepewnościami.

Tak więc cierpimy częściej w wyobraźni niż w rzeczywistości. Pomyślcie więc o tym, bracia i siostry.

Ci, którzy nie wiedzą, że nie wiedzą, są SZALENI, unikajcie ich.

Ci, którzy nie wiedzą,

ale wiedzą, że nie wiedzą,

są PROŚCI, nauczajcie ich.

Ci, którzy wiedzą,

ale nie wiedzą, że wiedzą,

są ŚPIĄCY, obudźcie ich.

Ci, którzy wiedzą i wiedzą, że wiedzą,

są MĄDRZY, naśladujcie ich przykład.

Jezus odwołuje się do naszego doświadczenia. To oznacza, że ​​w pewnym sensie jesteśmy do Niego podobni, co nie jest zaskakujące. Czyż nie możemy wywnioskować, że za każdym razem, gdy świętowaliśmy powrót dziecka, za każdym razem, gdy przebaczaliśmy przyjacielowi, mężowi, żonie (a także wrogowi!), za każdym razem, gdy poruszaliśmy niebo i ziemię, by uchronić kogoś przed upadkiem, fizycznym lub moralnym, byliśmy podobni do Boga; byliśmy Jego obrazem: co przecież jest naszym powołaniem, prawda, czy nie jest tak?

______

Niedziela, 1 czerwca 2025

7. Niedziela Wielkanocna

Odniesienia biblijne: Pierwsze czytanie: „Oto widzę Syna Człowieczego, stojącego po prawicy Boga”. Dzieje Apostolskie 7:55-60 Psalm: Pan jest królem, Najwyższym nad całą ziemią! Ps 96 (97), 1-2b, 6… Drugie czytanie „Przyjdź, Panie Jezu!” » Obj. 22, 12-14.16-17.2… Ewangelia: „Aby stali się doskonałą jednością” J 17, 20-26

W tę niedzielę, przypadającą między Wniebowstąpieniem a Zesłaniem Ducha Świętego, kończą się czytania okresu wielkanocnego: Dzieje Apostolskie, Apokalipsa, Ewangelia według św. Jana. Te trzy fragmenty z tej niedzieli można czytać w świetle tej podwójnej tajemnicy, którą liturgia każe nam celebrować: Podczas Wniebowstąpienia, wywyższenia Jezusa w chwale Ojca. W dniu Pięćdziesiątnicy nastąpiło zesłanie Ducha Świętego, który ożywił Kościół świadków.

JEDNOŚĆ, RZECZYWISTOŚĆ I NADZIEJA

Ewangelia może być punktem wyjścia do rozważań nad jednością chrześcijan, jaka nie dokonała się jeszcze w Kościele, jednym mistycznym Ciele Chrystusa. Jednakże członkami już są mężczyźni, a ich poszukiwanie prawdy jest obarczone błądzeniem, słabościami i sprzecznościami, ponieważ jesteśmy ograniczeni w tym uświadomieniu sobie jedynej tajemnicy Chrystusa. Tajemnica ta jest nieskończona, gdyż – jeśli można tak powiedzieć – dorównuje ona skali tajemnicy trynitarnej. „Aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie.” (J 17,21) Cierpimy z powodu obecnego „zachwiania” naszego podejścia na drodze do Jedności. Mamy wręcz wrażenie, że nie idziemy już do przodu. Każdy z nas, podobnie jak każdy Kościół, nie chciałby, aby odkryte przez niego czy przez nią bogactwa zostały porzucone. Aby przekonać brata o słuszności mojego przekonania, zbyt mocno podkreślam różnice, nie podkreślając przy tym głębokich zbieżności. Chrystus oddał każdemu z nas chwałę, którą otrzymał od Ojca. Ale po co udawać, że jesteśmy tego w pełni świadomi, tej rzeczywistości będącej tajemnicą. Pozostańmy pokorni i wierni temu, co dała nam Jego łaska. Po bratersku przyjmijmy także uznanie wierności brata, który myśli inaczej niż my, ponieważ i on pragnie pozostać wierny otrzymanej łasce. Za każdym razem przenika ona do ludzkości i poprzez nią, zarazem do mnie, jak i do mojego brata. „Rozpoznali, żeś Ty mnie posłał” (J 17,25). To już dużo. „Oto jeszcze raz oznajmię…” – dodaje Chrystus w modlitwie, którą kieruje do Ojca. Aby jedność chrześcijan stała się rzeczywistością, musimy być gotowi na ciągłą naukę i uznać, że nie wiemy wszystkiego od razu. Każdy uczy się tak, jak ci dwaj uczniowie w drodze do Emaus. Każdy powinien żyć we wspólnocie ze swoim bratem, jak to miało miejsce u zarania Kościoła: „Trwajcie jednomyślnie w świątyni, łamiąc chleb po domu, z radością i prostotą serca, chwaląc Boga”. (Dzieje Apostolskie 1:46-47) Przyjrzymy się bliżej pierwszemu czytaniu.

CZŁOWIEK NAPEŁNIONY DUCHEM

Szczepan był jednym z Siedmiu, którzy zostali wybrani, aby pomagać apostołom w praktycznej pracy wspólnoty. Wszyscy mieli zostać „napełnieni Duchem Świętym i mądrością” (Dzieje Apostolskie 6:3), co powtarza się w odniesieniu do Szczepana, który znajduje się na szczycie listy. Był człowiekiem „pełnym wiary i Ducha Świętego” (6.5). W sporze, który toczyły wokół niego pewne grupy żydowskie w Jerozolimie, okazało się, że nie mogły one „sprzeciwić się mądrości i Duchowi, który objawiały Jego słowa” (6. 10). Stając przed Sanhedrynem, musi dać świadectwo Temu, którego nazywa „Sprawiedliwym”: czyni to, przypominając wszystkie biblijne przygotowania na przyjęcie Tego od czasów Abrahama.

WIZJA CHWAŁY

Nadchodzi czas, gdy jego sędziowie nie chcą już go słuchać: czyż nie oskarża ich o to, że „zawsze sprzeciwiają się Duchowi Świętemu”? (Dzieje Apostolskie 7:51) Wtedy proces śmierci przyspiesza. Ale Duch, który napełnił Szczepana, po tym, jak sprawił, że przemówił, teraz pozwala mu kontemplować chwałę Sprawiedliwego, o którym złożył świadectwo. Widzi Syna Człowieczego wywyższonego po prawicy Boga, jak zapowiedziano to w wizji proroka Daniela (Księga Daniela, rozdz. 7). Tutaj więc potwierdza się słowo Jezusa: „Odtąd ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmogącego”. (Ewangelia Mateusza 26:64) „Siedzącego”, ponieważ jest to normalna postawa króla. Czy symbolem królewskości nie jest tron? Szczepan widział Pana „stojącego”, co było znakiem zmartwychwstania. Wizjoner z Apokalipsy przedstawił to w następujący sposób: „Baranek stoi, jakby ofiarowany” (Obj. 5,6). To wyraźnie pokazuje, że autorzy biblijni nie dają się zwieść materialności swoich symboli. Szczepan częściowo spełnił już modlitwę Jezusa, zacytowaną w Ewangelii na tę niedzielę: „Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby oglądali moją chwałę”. Już Szczepan widział w niej chwałę Boga i Jezusa.

MIĘDZY NIEBEM A ZIEMIĄ

Akcja odtąd będzie miała miejsce pomiędzy dwoma biegunami, które są także biegunami naszego osobistego życia: niebem i ziemią. W niebie Jezus zmartwychwstał, został wywyższony i poznany w swojej boskiej chwale. On zasługuje na to, by nazywać Go „Panem” i by modlić się do Niego tak, jak modlił się do Ojca ukrzyżowany Syn: „Przyjmij ducha mojego”. To, co przyjmujemy w każdej Eucharystii: „Niech Duch Święty uczyni nas wieczystym darem na cześć Twojej chwały.” (Modlitwa Eucharystyczna nr 3) Ale na ziemi uczeń nie jest ponad mistrzem. Zna los swego pana i z nim musi go dzielić. Utożsamienie to jest szczególnie silne w przypadku Szczepana: fałszywe zeznania, oskarżenie o łamanie Prawa i Świątyni, stawienie się przed Sanhedrynem, podobieństwo w modlitwie. Męczennicy również dokonują tej identyfikacji. Ale każdy z nas musi to uczynić, w zupełnie inny sposób, dzień po dniu, w okolicznościach, które są czasami trudne do zniesienia, do udźwignięcia, do sublimacji. „Upewnij nas w obliczu prób tego życia…” (modlitwa po modlitwie Ojcze nasz)

KOŚCIÓŁ-SAKRAMENT

Nauka ta jest jasna: to właśnie w swoich braciach Pan nadal daje świadectwo prawdzie i przeżywa swoją mękę, aby dać im możliwość udziału w Jego zmartwychwstaniu. Saul, który według Dziejów Apostolskich „pochwalał zabójstwo” Szczepana, będzie musiał uznać, że w Kościele, który prześladuje, niebo i ziemia się spotykają. W drodze do Damaszku usłyszał głos mówiący do niego: „Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz”. Słowo to jest dla niego tak podstawowe, że możemy je odnaleźć w trzech podanych przez niego opisach jego nawrócenia. (Dzieje Apostolskie 9:5, 22:8 i 26:15) Dzięki Duchowi, który został mu dany i którym Szczepan został szczególnie napełniony, Pan Jezus nieustannie jest obecny we wspólnocie uczniów i pragnie, aby za ich pośrednictwem Imię Ojca zostało rozpoznane i uświęcone. Mówi o tym w dzisiejszej Ewangelii, każe nam to mówić i powtarzać w każdym „Ojcze nasz”. Oto co oznacza liturgia: „Prosimy cię, abyśmy mając udział w Ciele i Krwi Chrystusa, stali się przez Ducha Świętego jednym ciałem”. Przez Chrystusa, którym jest Kościół. (Modlitwa Eucharystyczna nr 2) Sam Kościół, razem z Duchem, ma tylko jedną modlitwę: „Przyjdź, Panie Jezu” (drugie czytanie z tej niedzieli). Od Eucharystii do Eucharystii, będzie to jego modlitwa aż do końca czasów. „Niech ta liturgia sprawowana z miłością zaprowadzi nas do chwały nieba.” (Modlitwa nad darami) „Głosimy Twoją śmierć, Panie Jezu! Świętujemy Twoje zmartwychwstanie! Czekamy na Twoje przyjście w chwale!”

____

Sunday, June 1, 2025

7th Sunday of Easter

Biblical references: First reading: “Behold, I see the Son of Man standing at the right hand of God.” Acts 7:55-60 Psalm: The Lord is king, the Most High over all the earth! Ps 96 (97), 1-2b, 6… Second reading “Come, Lord Jesus!” » Rev 22, 12-14, 16-17, 2… Gospel: “That they may become perfect one” Jn 17, 20-26

This Sunday, which falls between the Ascension and Pentecost, the readings of the Easter season end: Acts of the Apostles, Apocalypse, Gospel according to St. John. These three passages from this Sunday can be read in the light of this double mystery that the liturgy asks us to celebrate: During the Ascension, the exaltation of Jesus in the glory of the Father. On the day of Pentecost, the outpouring of the Holy Spirit took place, who gave life to the Church of witnesses.

UNITY, REALITY AND HOPE

The Gospel can be the starting point for reflection on the unity of Christians that has not yet been realized in the Church, the one mystical Body of Christ. However, the members are already men, and their search for truth is burdened with wandering, weaknesses and contradictions, because we are limited in this awareness of the one mystery of Christ. This mystery is infinite, because – so to speak – it is equal in scale to the mystery of the Trinity. “That they may all be one, as you, Father, are in me, and I in you.” (Jn 17:21) We are suffering from the current “wavering” in our approach to Unity. We even have the impression that we are no longer moving forward. Each of us, like each Church, would not want the riches discovered by him or her to be abandoned. In order to convince a brother of the correctness of my conviction, I overemphasize the differences, without emphasizing the profound convergences. Christ has given each of us the glory that he received from the Father. But why pretend to be fully aware of this, of this reality that is a mystery? Let us remain humble and faithful to what his grace has given us. Let us also accept, as brothers, the recognition of the fidelity of a brother who thinks differently from us, because he too wants to remain faithful to the grace he has received. It penetrates humanity every time and through it, both to me and to my brother. “They recognized that you sent me” (Jn 17:25). That is already a lot. “Behold, I will declare again…” Christ adds in his prayer to the Father. For Christian unity to become a reality, we must be willing to learn continuously and to recognize that we do not know everything at once. Everyone learns as the two disciples did on the road to Emmaus. Everyone should live in community with his brother, as was the case at the beginning of the Church: “Stand together in the temple, breaking bread from house to house, with joy and simplicity of heart, praising God.” (Acts 1:46-47) We will take a closer look at the first reading.

A MAN FILLED WITH THE SPIRIT

Stephen was one of the Seven who were chosen to help the apostles in the practical work of the community. All were to be “filled with the Holy Spirit and wisdom” (Acts 6:3), a phrase that is repeated in reference to Stephen, who is at the top of the list. He was a man “full of faith and the Holy Spirit” (6:5). In the controversy that certain Jewish groups in Jerusalem were having about him, it turned out that they could not “resist the wisdom and the Spirit who revealed his words” (6:10). Appearing before the Sanhedrin, he must bear witness to the One whom he calls “the Righteous One”: he does this by recalling all the biblical preparations for receiving Him since the time of Abraham.

A VISION OF GLORY

The time comes when his judges no longer want to listen to him: do he not accuse them of “always resisting the Holy Spirit”? (Acts 7:51) Then the process of death accelerates. But the Spirit that filled Stephen, after making him speak, now allows him to contemplate the glory of the Righteous One to whom he bore witness. He sees the Son of Man exalted at the right hand of God, as foretold in the vision of the prophet Daniel (Book of Daniel, chapter 7). Here, then, the words of Jesus are confirmed: “From now on you will see the Son of Man sitting at the right hand of the Almighty.” (Matthew 26:64) “Sitting,” because this is the normal posture of a king. Isn’t a throne a symbol of kingship? Stephen saw the Lord “standing,” which was a sign of the resurrection. The visionary of the Apocalypse presented it this way: “The Lamb stands as if sacrificed” (Rev. 5:6). This clearly shows that the biblical authors are not fooled by the materiality of their symbols. Stephen has already partially fulfilled the prayer of Jesus, quoted in the Gospel for this Sunday: “Father, I want those whom you have given me to be with me where I am, to see my glory.” Stephen already saw in it the glory of God and Jesus.

BETWEEN HEAVEN AND EARTH

The action from now on will take place between two poles, which are also the poles of our personal lives: heaven and earth. In heaven Jesus rose from the dead, was exalted
and known in his divine glory. He deserves to be called “Lord” and to be prayed to as the crucified Son prayed to the Father: “Receive my spirit.” What we receive in every Eucharist: “May the Holy Spirit make us an eternal gift to praise your glory.” (Eucharistic Prayer no. 3) But on earth the disciple is not above the master. He knows the destiny of his master and must share it with him. This identification is particularly strong in the case of Stephen: false testimony, accusation of breaking the Law and the Temple, appearance before the Sanhedrin, similarity in prayer. The martyrs also make this identification. But each of us must do it, in a completely different way, day after day, in circumstances that are sometimes difficult to bear, to endure, to sublimate. “Confirm us in the face of the trials of this life…” (prayer after the Our Father) CHURCH-SACRAMENT This teaching is clear: it is in his brothers that the Lord continues to bear witness to the truth and to live his passion in order to give them the possibility of participating in his resurrection. Saul, who according to the Acts of the Apostles “approved the murder” of Stephen, will have to recognize that in the Church he persecutes, heaven and earth meet. On the road to Damascus, he hears a voice saying to him: “I am Jesus, whom you are persecuting.” This word is so fundamental to him that we can find it in the three accounts he gives of his conversion. (Acts 9:5, 22:8 and 26:15) Thanks to the Spirit that was given to him and with which Stephen was especially filled, the Lord Jesus is constantly present in the community of disciples and desires that through them the Name of the Father be recognized and sanctified. He speaks of this in today’s Gospel, and tells us to say it and repeat it in every „Our Father”. This is what the liturgy means: „We pray that by sharing in the Body and Blood of Christ we may become one body through the Holy Spirit”. Through Christ, who is the Church. (Eucharistic Prayer no. 2) The Church herself, together with the Spirit, has only one prayer: „Come, Lord Jesus” (second reading this Sunday). From Eucharist to Eucharist, this will be her prayer until the end of time. „May this liturgy celebrated with love lead us to the glory of heaven.” (Prayer over the gifts) „We proclaim your death, Lord Jesus! We celebrate your resurrection! We await your coming in glory!”