Stanislaw Barszczak, Wyprawa po skarb
Kiedy się obudziłem, płodne poranne światło wpadało ukośnie przez każdą szczelinę w ścianach z listew i było już gorąco. Mój ojciec zniknął. Podobnie jak jego broń ze ściany. Potrząsnąłem bratem i wyszedłem na brukowaną drogę bez koszuli. Droga i kamienne stopnie skąpały się w porannym świetle. Dzieci, mrużąc oczy i mrugając w blasku słońca, stały bezczynnie lub wyłapywały pchły z psów lub biegały i krzyczały, ale dorosłych nie było. Mój brat i ja pobiegliśmy do szopy kowala w cieniu bujnej pokrzywy. W ciemnościach środka szopy płomień węgla drzewnego na klepisku nie pluł językami czerwonego płomienia, miechy nie syczały, kowal nie podnosił rozgrzanej do czerwoności stali swoimi szczupłymi, poczerniałymi od słońca ramionami. Nowy ranek a kowala nie ma w swoim warsztacie – nigdy nie wiedzieliśmy, że tak się stanie. Ramię w ramię, mój brat i ja szliśmy z powrotem brukowaną drogą w milczeniu. W wiosce nie było dorosłych. Kobiety prawdopodobnie czekały na tyłach swoich ciemnych domów. Tylko dzieci tonęły w powodzi słońca. Moja klatka piersiowa ścisnęła się z niepokoju.
Zajęcza Warga zauważył nas z miejsca, w którym leżał rozciągnięty na kamiennych schodach, które schodziły do wioskowej fontanny i podbiegł, machając rękami. Ciężko pracował nad byciem ważnym, spryskując drobne, białe bąbelki lepkiej śliny z rozciętej wargi.
– Hej! Słyszałeś? krzyknął, uderzając mnie w ramię.
– Co słyszałem? Powiedziałem niejasno.
– Ten samolot wczoraj rozbił się na wzgórzach zeszłej nocy. I szukają wrogich żołnierzy, którzy w nim byli, wszyscy dorośli polowali na wzgórzach z bronią!
– Czy zastrzelą wrogich żołnierzy? – zapytał przenikliwie mój brat.
– Nie będą strzelać, nie mają dużo amunicji, wyjaśnił uprzejmie Zajęcza Warga, chcą ich tylko złapać!
– Jak myślisz, co się stało z samolotem? Powiedziałem.
– Utknął między jodłami i rozpadł się — powiedział szybko Zajęcza Warga, błyskając oczami. – Listonosz to widział, znasz te drzewa.
Wykonałem zwrot na drzewa, w tych lasach kwitły teraz jodły niczym frędzle. A pod koniec lata frędzle zastąpiły szyszki jodłowe w kształcie jaj dzikiego ptactwa, które zbieraliśmy i używaliśmy jako broni. Wtedy o zmierzchu i o świcie, z nagłym, niegrzecznym klekotem, ciemnobrązowe kule wystrzeliwały na tyłach, w ściany magazynu…
– Ale czy znasz las, który mam na myśli?
– Oczywiście tak zrobię. Bo chcę tam iść?
Zajęcza Warga uśmiechnął się chytrze, wokół jego oczu utworzyły się niezliczone zmarszczki i wpatrywał się we mnie w milczeniu. Byłem zirytowany.
– Jeśli mamy iść, założę tylko koszulę – powiedziałem, wpatrując się w Zajęczą Wargę. I nie próbuj odchodzić przede mną, bo zaraz cię dogonię, zauważyłem.
Cała twarz Zajęczej Wargi zamieniła się w uśmieszek, a jego głos był gruby z satysfakcji.
– Nikt nie idzie! Dzieciom nie wolno chodzić na wzgórza. Zostałbyś pomylony z zagranicznymi żołnierzami i zastrzelony!
Zwiesiłem głowę i wpatrywałem się w swoje bose stopy na bruku piekące się w porannym słońcu, w mocne, krępe palce. Rozczarowanie przesiąkło przeze mnie jak sopel drzewa i sprawił, że moja skóra zaczerwieniła się jak wnętrzności świeżo zabitego kurczaka.
– Jak myślisz, jak wygląda wróg? naraz mój brat ni stąd ni zowąd to powiedział.