Ukazanie się czarodzieja

Stanisław Barszczak, Ukazanie się czarodzieja

Jeśli oszalałem, to w porządku, pomyślał Shmuley Boteach. Niektórzy myśleli, że jest złamany i przez pewien czas sam wątpił, że jest tam cały. Ale teraz, chociaż nadal zachowywał się dziwnie, czuł się pewny siebie, wesoły, jasnowidzący i silny. Wpadł pod urok i pisał listy do wszystkich pod słońcem. Był tak poruszony tymi listami, że od końca czerwca przemieszczał się z miejsca na miejsce z plecakiem pełnym papierów. Przywiózł ten plecak z Nowego Jorku do Warszawy, ale nie był długo w klasztornej winnicy ojca Ryszarda; dwa dni później poleciał do Zielonej Góry, a z Zielonej Góry udał się do wioski nad Odrą. Ukryty w tej małej ojczyznie Ziemi Lubuskiej, pisał bez końca, fanatycznie, do gazet, do ludzi życia publicznego, do przyjaciół i krewnych, a wreszcie do zmarłych, własnych nieznanych zmarłych i wreszcie słynnych zmarłych.
To był szczyt lata w Tarnawie. Boteach był sam w wielkim starym domu. Zwykle skoncentrowany na jedzeniu, teraz jadł pokrojony chleb razowy z papierowego opakowania, fasolę z puszki i biały ser. Od czasu do czasu zbierał maliny w zarośniętym ogrodzie, unosząc kolczaste laski z roztargnioną ostrożnością. Jeśli chodzi o sen, to spał na materacu bez prześcieradeł – było to jego opuszczone małżeńskie łoże – lub w hamaku przykrytym płaszczem. Na podwórku otaczały go wysokie, brodate trawy oraz sadzonki szarańczy i klonów. Kiedy w nocy otworzył oczy, gwiazdy były mu tak bliskie jak ciała duchowe. Przyglądał się długo pożarom gazów – minerałom. Nie zna najnowszej komety, która leci na spotkanie z ziemią. Ale ogarnia go ciepło, atomy, i to jest wymowne o piątej rano dla mężczyzny leżącego w hamaku, owiniętego w płaszcz. Kiedy jakaś nowa myśl chwyciła go za serce, poszedł do kuchni, swojej kwatery głównej, aby ją tam spisać. Biała farba łuszczyła się z ceglanych ścian, a Boteach czasami wycierał rękawem mysie odchody ze stołu, spokojnie zastanawiając się, dlaczego myszy polne mogą tak pasjonować się woskiem i parafiną. Robiły dziury w przetworach zapieczętowanych w parafinie; obgryzały świeczki urodzinowe aż do knotów. Szczur żuł paczkę chleba, pozostawiając kształt swojego ciała w warstwach kromek. Herzog zjadł drugą połowę bochenka posmarowanego dżemem. Mógł też dzielić się ze szczurami. Przez cały czas jeden zakątek jego umysłu pozostawał otwarty na świat zewnętrzny. Rano słyszał wrony. Ich szorstkie wezwanie było pyszne. Słyszał też drozdy o zmierzchu. W nocy była płomykówka. Kiedy szedł po ogrodzie, podekscytowany mentalnym listem, zobaczył róże wijące się wokół rynny deszczowej; lub morwy – ptaki obżerające się na drzewie morwowym. Dni były gorące, wieczory zarumienione i zakurzone. Patrzył bacznie na wszystko, ale czuł się na wpół ślepy. Jego przyjaciel, jego były przyjaciel Walentyn i jego żona, była żona Magdalena, rozgłosili pogłoskę, że jego zdrowie psychiczne się załamało. Czy to prawda? Skręcił wokół pustego domu i zobaczył cień swojej twarzy w szarym, pajęczym oknie. Wyglądał dziwnie spokojnie. Promienna linia przebiegała od połowy czoła przez jego prosty nos i pełne, ciche usta. Późną wiosną Boteacha opanowała potrzeba wyjaśniania, ujawniania, usprawiedliwiania, przedstawiania perspektywy, wyjaśniania, zadośćuczynienia. W tym czasie prowadził wykłady dla dorosłych w Zielonogórskiej szkole wieczorowej. Był wystarczająco jasny w kwietniu, ale pod koniec maja zaczął wędrować. Dla jego „uczniów” stało się jasne, że nigdy nie dowiedzą się zbyt wiele o korzeniach romantyzmu, ale będą widzieć i słyszeć dziwne rzeczy. Formalności akademickie jeden po drugim znikały. Wtedy profesor Boteach poszedł na spacer w skrzypiących butach. Ale miał nieświadomą szczerość człowieka głęboko zaabsorbowanego. A pod koniec semestru w jego wykładach były długie przerwy. Zatrzymywał się, mrucząc „przepraszam”, sięgając pod płaszcz po długopis. Stół też był skrzypiący, pisał na skrawkach papieru z wielkim naciskiem gorliwości w dłoni; był zaabsorbowany, oczy miał podkrążone. Coraz mniej rzeczy mnie „słucha,” zauważył. Zaczął kolejny rozdział: Nie żyjesz już w niczyim cieniu i nie uważasz już cienia innych za wyimaginowanego wroga, wyszedłeś z tego cienia i to wszystko, nie zamierzasz tworzyć swoich nadziei i złudzeń, pierwotnie w tym przybyłeś świat beztroski, nagi jak robaczek, w najdoskonalszej pustce i spokoju, nie musisz niczego brać, a zresztą nawet jeśli chciałeś, nie mogłeś, boisz się tylko nieznanej śmierci.
Pamiętasz, że od dzieciństwa bałeś się śmierci, wtedy bałeś się jej o wiele bardziej niż teraz, przy najmniejszej chorobie myślałeś, że złapałeś nieuleczalną chorobę; jak tylko doznałeś uczucia, poczułeś się całkowicie zdenerwowany, byłeś w stanie totalnej paniki, w tej chwili doświadczyłeś wiele cierpienia z powodu choroby i byłeś pogrążony w głębokim niebezpieczeństwie; nadal być na tym świecie to ważne szczęście, życie to cud, ale nie możemy powiedzieć, że życie jest przejawem tego cudu, czyż nie jest już dobrze, jeśli ciało obdarzone świadomością może odczuwać cierpienia i przyjemności życia? Czego więcej szukać? Bałeś się śmierci, gdy siły słabły, miałeś wrażenie zadyszki, bałeś się, że nie możesz złapać oddechu, jakbyś spadał na dno przepaści, wrażenie, które często pojawiało się w snach z dzieciństwa, budzące cię i spocone, kiedy w rzeczywistości nie odczuwałeś bólu, matka kilka razy zabierała cię do szpitala na badanie; dziś już nie chcesz być badany, nawet gdyby lekarz to zalecił, pozwoliłbyś, by sprawy się toczyły najnormalniej w świecie.
Było również dla ciebie jasne, że życie dobiega końca; w momencie tego końca strach zniknąłby jednocześnie, ten strach był w końcu manifestacją życia, w chwili, gdy świadomość i wiedza znikną, wszystko się skończy w mgnieniu oka, nie zostawiając czasu na zrealizowanie i nie będzie mieć sensu. Poszukiwanie sensu było twoim cierpieniem: z przyjacielem z dzieciństwa dyskutowałeś już o ostatecznym sensie życia, jeszcze wtedy ledwo żyłeś, a teraz spróbowałeś tego wszystkiego. Szukaj tego sensu, pogrążysz się w śmieszności, lepiej cieszyć się egzystencją, a jednocześnie ją obserwować. Wydaje się, że widzisz ją, jakby w pustce, trochę światła pochodzi nie wiadomo skąd, stoi na ziemi, która nie jest ustalona ani zdeterminowana, jest jak pień drzewa bez rzucanego cienia, albo jak horyzont, który zniknął, albo jest jak ptak na śnieżnej przestrzeni, kręcąc głową w lewo i w prawo, momentami utkwił wzrok w czymś, jakby się zastanawiał. Nad czym? Wcale nie jest to jasne, ale jest to postawa, mimo wszystko całkiem piękna; istnieć to przyjąć postawę, jak najbardziej przyjemną, z wyciągniętymi ramionami, klęcząc i obracając się, wracając do swojego sumienia, albo lepiej powiedzieć, że jego postawa jest właśnie jego sumieniem, to ty w środku jego sumienia, z którego czerpiesz sekretną przyjemność. Nie ma tragedii, nie ma komedii, nie ma farsy, wszystko to są estetyczne oceny życia, różnice w ocenie według ludzi, czasów i miejsc; tak samo jest z liryzmem: takie a takie uczucie przeżywane raz, nie będzie takie samo innym razem, smutek i kpiny są w pewnym momencie wymienne, nie ma potrzeby kpić, wystarczy samokpiwanie i samooczyszczanie, wystarczy wytrwać spokojnie w tym sposobie życia, starać się zakosztować cudów chwili, poczuć się swobodnie, a kiedy się przyjrzeć samemu sobie, nie zajmować się już oczami innych. Nie wiesz, co jeszcze będziesz w stanie zrobić, a co jeszcze musisz zrobić, nie musisz się nad tym zastanawiać, rób to, co chcesz, jeśli się uda tym lepiej, w przeciwnym razie jeśli szkoda będzie zrobiona albo i nie, nie ma znaczenia, czy jesteś głodny lub spragniony, pijesz lub jesz, oczywiście będziesz miał jak zawsze swój punkt widzenia, swoją koncepcję rzeczy, swoje skłonności, a nawet swój gniew, nie jesteś jeszcze w tym wieku, w którym nie będziesz już miał siły się złościć, naturalnie zawsze będziesz miał słuszne oburzenie, jednak to już nie jest to samo podniecenie, ale wciąż doświadczasz tyle samo uczuć i pragnień; jeśli istnieją, pozwól im istnieć, nawet jeśli uraza zniknęła, ponieważ jest całkowicie daremna i może nawet cię skrzywdzić. Ty zaledwie przydajesz wagę życiu, dzięki niemu doświadczasz niedokończonych uczuć, a wciąż oszczędzasz sobie zainteresowania odkrywaniem i zaskoczeniem, a przecież tylko życie zasługuje na entuzjazm, czyż nie? Jak mi się zdaje przynajmniej raz w życiu autorefleksja prowadzi nas do zbadania okoliczności naszych narodzin. Dlaczego urodziliśmy się w tym konkretnym zakątku świata, w tym konkretnym dniu? Te rodziny, w których się urodziliśmy, te kraje i miasta, którym przypisała nas loteria życia – oczekują od nas miłości, a my w końcu kochamy je z głębi serca – ale może zasłużyliśmy na lepszy? Czasami myślę, że mam pecha, że ​​urodziłem się w starym i zubożałym mieście pogrzebanym pod popiołami zrujnowanego imperium. Ale głos we mnie zawsze upiera się, że to naprawdę było szczęście… Powiem wam teraz o ogrodzie Jacka. Widzieć możliwość, pewność ruiny, nawet w momencie stworzenia: to był mój temperament. Te nerwy otrzymalem jako dziecko wychowujące się w Czerwonym Zagłębiu Śląsko-Dąbrowskim, częściowo z powodu naszej sytuacji rodzinnej: na wpół zrujnowanego drzewianego domu w których mieszkaliśmy, naszych przeprowadzek, naszej ogólnej niepewności. Możliwe też, że ten rodzaj odczuwania sięgał głębiej i był dziedzictwem przodków, czymś, co przyszło wraz z historią, która mnie stworzyła: nie tylko z ideami świata poza ludzką kontrolą, ale także „kolonialnymi plantacjami” lub posiadłościami otoczonymi drutem albo wysokim murem, do której w ubiegłym stuleciu przewieziono moją mamę – posiadłości, których apoteozą była posiadłość Rodziny Goleniewskich, przy której ongiś mieszkałem. Pięćdziesiąt lat temu nie byłoby dla mnie miejsca w uroczym miasteczku – a i teraz nie ma miejsca na osiedlu Dąbrowy Górniczej; nawet teraz moja obecność bywa trochę nieprawdopodobna. Ale więcej niż przypadek sprowadził mnie tutaj. A raczej w serii wypadków, które przywiodły mnie do mojej chaty, i „szkoły Dzierzyńskiego,” z widokiem na odrestaurowany kościół, ale to była już wyraźna granica historyczna. Migracja w obrębie Imperium Europejskiej Unii dała mi język angielski jako własny i szczególny rodzaj edukacji. To częściowo zaszczepiło moje pragnienie bycia pisarzem w określonym trybie i związało mnie z karierą literacką, którą śledziłem w Europie przez dwadzieścia lat. Historia, którą niosłem ze sobą, wraz z samoświadomością, która przyszła wraz z moją edukacją i ambicją, wysłała mnie na świat z poczuciem martwej chwały; a w Europie podarowała mi nerwy najsurowszego nieznajomego. Teraz, jak na ironię – a może słusznie – mieszkając na terenie skurczonej posiadłości, wychodząc na spacery, te nerwy zostały ukojone, a w dzikim ogrodzie i sadzie obok „podwodnych łąk” odnalazłem piękno fizyczne idealnie pasujące do mojego temperamentu i mu odpowiadające: tutaj nie zabrakło mi dobrych pomysłów, takich jakie mogłem mieć jako dziecko w Polsce Ludowej. Powiedziano mi, że majątek był ogromny. Dom Matki. Posiadłość została stworzona po części przez bogactwo ludowego imperium. Ale potem kawałek po kawałkustawała się wyobcowaną. Potem zmarła mama. Tu, w dolinie, mieszkał teraz tylko mój właściciel, starszy kawaler, z ludźmi, którzy się nim opiekowali. Do choroby, która dotknęła go wiele lat wcześniej, dodano pewne niepełnosprawności fizyczne, dolegliwość, o której nie miałem żadnej dokładnej wiedzy, ale interpretowano ją jako coś w rodzaju acedii, zobojętnienia i odrętwienia lub jako chorobę klasztornego mnicha – i stąd jego wielkie poczucie bezpieczeństwa. Zmęczyły go jego nadmierne ziemskie błogosławieństwa. Acedia zmieniła go w pustelnika, dostępnego tylko dla jego bliskich przyjaciół. Tak, że tam u góry na samym „dworze” , jak w moich spacerach na dole, miałem za towarzyszą swego rodzaju samotność. Poczułem wielkie współczucie dla mojego właściciela. Czułem, że rozumiem jego złe samopoczucie; Widziałem to jako drugą stronę mojej własnej. Nie uważałem mojego właściciela za „życiową porażkę”. Słowa takie jak porażka i sukces nie miały zastosowania. Z moje strony nie miałem ochoty na kontakt, chciałem tylko być blisko niego i tęskniłem za nim, aby ujrzeć go w jego wolny dzień. Kiedy w końcu pojawił się, jego czarny strój ożywił pokój i nabrałem poczucia koloru. Zawsze zachowywał dystans, nawet gdy był poza „służbą” , i to mogło tłumaczyć moje uczucie. Pewnego dnia wpadłem na niego w jego ciuchach ulicznych w bufecie przy tutejszej Hucie Szkła. Tylko wielki człowiek lub człowiek z wielkim pomysłem na swoją ludzką wartość może zignorować wysoką wartość pieniężną swojej posiadłości i zadowolić się życiem z nią, w na wpół ruinie. Moje medytacje na „dworze” nie przybrały cesarskiego upadku. Raczej zastanawiałem się nad historycznym łańcuchem, który nas połączył – on w swoim domu, ja w jego chacie, dziki ogród jego smak (jak mi powiedziano), a także mój. Tu Boteach przerwał… Jego biała twarz ukazywała wszystko – wszystko. Rozumował, kłócił się, cierpiał, wymyślił genialną alternatywę – był szeroko otwarty, zarazem wąski; jego oczy, jego usta czyniły wszystko bezgłośnie jasnym – tęsknota, bigoteria, gorzka złość. To wszystko można było zobaczyć… Nazajutrz poddał się muzyce swej recytacji. Klasa czekała trzy minuty, pięć minut, w całkowitej ciszy.
(w tej opowieści osoby, fakty i zdarzenia są zmyślone, licentia poetica autora)

Opublikowane przez http://stanislawart.wordpress.com

https://sbarszczak2009.com is the official WordPress.com home for Stanislaw Barszczak, an author of many books, essays, articles. As the best male recording artist of all time, author continues to leave an indelible mark on the world through his art, sacerdotal activism and humanitarian leadership. Father Stanislaw consistently pushes boundaries, spurs conversations and unites us all through his revolutionary work. Subscribe for the latest videos, music, news and updates. Enjoy Stanislaw Barszczak’s groundbreaking YouTube home, live performances, videos and more. I wish you happy reading bye

Dodaj komentarz